Naród murem za Wałęsą

ptaki powrotZuzanna Lewicka-Burek

Obiecałam wczoraj w nocy, że napiszę o tym jak było w Gdańsku. Nie chcę nikogo zanudzać kolejną relacją, kto i co powiedział, bo te informacje sami znajdziecie w necie. Chcę się dziś z Wami podzielić moimi odczuciami z Placu Solidarności.

Na początku do KODu przychodzili ludzie "nawiedzeni", świadomi zagrożenia, w jakim znalazła się Polska i ludzie próbujący zaistnieć w polityce, ugrać jakieś własne partyjne gierki, załapać się do opozycji. Ci pierwsi, najwytrwalsi, stanowią dziś aktywnie działającą grupę przywódczą w bardzo szerokim znaczeniu tego pojęcia, z tych co węszyli korzyści, zrezygnowaliśmy lub sami odeszli. Zapewne pojawią się jak tylko zaczniemy odnosić sukces i będą głośno krzyczeć, że byli od samego początku.
Zastanawia mnie, co skłania ludzi do przystępowania do KOD teraz.

Nie jesteśmy już nowinką na scenie polityczno-społecznej w Polsce. Pierwszy entuzjazm i huraoptymizm przycichły, a mimo to ludzie wciąż przyłączają się do nas. Teraz dokonujemy naboru bardzo wartościowych jednostek. Dlaczego tak uważam? Otóż:
Część ludzi musi poczekać, przyjrzeć się nowej formacji, zastanowić czy na pewno odpowiada ich przekonaniom i oczekiwaniom. Nie są to oszołomy, które chciałyby uczestniczyć w rewolucji, tylko ludzie dokonujący świadomego wyboru. Wielu z nich brało dotychczas udział w wiecach i marszach jako sympatycy. Ale co ich skłania do aktywnego włączenia się do KOD?
W czasie wczorajszych wystąpień przewijał się stale temat wspólnego wroga, który jednoczy ludzi w walce z nim. Czy jednak rzeczywiście jest to jedyny powód? Czy rację mają ci prelegenci, którzy dziękowali Kaczyńskiemu za zjednoczenie narodu we wspólnej walce o demokrację, w walce z kaczyzmem i bezprawiem? Moje odczucia nie są tak jednoznaczne. To można było powiedzieć o grupie założycielskiej tych pierwszych 20 tysiącach członków KOD, ale następni kierowali się, moim zdaniem, poszukiwaniem miejsca w tak wielkiej społeczności jaką jest naród.
Zbrodnią jest tworzenie podziałów wśród naszych rodaków.
Dzieli nas już nie tylko polityka, ale rozumienie podstawowych pojęć funkcjonujących w społeczeństwie, jak: wolność, równość, niezawisłość, godność, szacunek.
Zostaliśmy posegregowani, zaszufladkowani, granica staje się coraz ostrzejsza: są ci dobrzy prawdziwi Polacy kochający PIS i kościół oraz jest cała reszta – gorszy sort.
Zawłaszczając kościół katolicki, PIS miał nadzieję na szerokie poparcie wiernych działających we wspólnotach parafialnych. Kosciół ma bardzo duże doświadczenie w sterowaniu wielkimi masami ludzi.
Socjotechnika, doskonalona przez dwa tysiące lat nie ma sobie równej. Możemy tylko sobie wyobrazić jakie zdziwienie musiała wywołać w PIS reakcja społeczeństwa, które nie poszło ślepo za pasterzami w sutannach. Może pomoc kościoła w czasie zdobywania władzy dała pożądany efekt, ale w utrzymaniu władzy już nie.
PIS wpadł w panikę i rozpoczął akcję obrzucania obelgami i wyzwiskami wolnych obywateli państwa. Ogromna rzesza ludzi znalazła się poza nawiasem. Rząd próbuje wykluczyć ich ze społeczeństwa. Kościół radykalizuje się i zacieśnia wspólnoty swoich wiernych, którzy czując się bezpieczni, próbują wpłynąć na resztę społeczeństwa. Określenie "komunista" już nie znaczy zwolennik tej ideologii, ale człowiek, który kieruje się w życiu rozumem, wiarę nosi w sercu, a idea wolności i demokracji jest dla niego najważniejsza.
Tu dochodzimy do pewnego paradoksu: Człowiek jako istota społeczna dąży do wspólnotowości, ale człowiek XXI wieku chce zachować jednocześnie prawo do indywidualności i wolności. Radykalny zachowawczy kościół w Polsce nie nadąża za duchem czasu. Tworząc skamieniałe struktury wiernych ślepo podążających za przewodnikiem traci tych wszystkich, którzy ośmielają się nie zgadzać z wytyczonym kierunkiem.
Co więc robią ci "niedopasowani" – budują własna wspólnotę.
Tu dochodzimy do sedna fenomenu KODu. Uczestnicząc w gdańskiej manifestacji zdałam sobie sprawę, że ludzie ci nie przyszli tylko popierać Wałęsę, KOD, ideę demokracji, nie przyszli sprzeciwiać się władzy, PISowi, kaczorowi. Oni przyszli stworzyć wspólnotę. Wspólnotę, w której będą się czuli bezpiecznie, w której nikt nie odbiera im godności i wartości własnej.
Wspólnotę ludzi wolnych, świadomych i równych wobec obowiązującego prawa. Przyszli żeby poczuć jedność z tym wielotysięcznym tłumem. Potwierdzić istotę i sens swojego istnienia. Nikt w społeczności nie chce być odmieńcem ośmieszanym publicznie w środkach masowego przekazu, musi znaleźć potwierdzenie swojej postawy wśród innych członków społeczeństwa.
W Gdańsku to właśnie się stało. Poczuliśmy jedność! 15 tysięcy ludzi wołających jednym głosem w tak symbolicznym dla Polaków miejscu, to było właśnie TO. Ludzie byli życzliwi wobec siebie nawzajem. Już nie pamiętam, kiedy czułam tyle empatii . Może taka atmosfera była w czasie pierwszych wizyt Papieża Jana Pawła II?-tak to chyba było. Wtedy byliśmy dumni z wielkiego Polaka na Stolicy Piotrowej, chociaż w kraju szalał komunizm.
Wczoraj w Gdańsku byliśmy dumni z wielkiego Polaka chociaż władze starają się go zdyskredytować, oczernić i wykreślić z historii.
Uczestnicy wiecu dostrzegli, że jesteśmy wielką rodziną, nikt już nie czuł się samotny i zagrożony. Rozchodziliśmy się z uśmiechem, wszyscy pozdrawiali się wzajemnie, ciesząc się już na następne spotkanie .
Jeszcze w Warszawie dzieliliśmy się na regiony, ale w kolebce Solidarności poczuliśmy jedność.
DO DOMÓW WRÓCILI WOLNI ODWAŻNI I ZJEDNOCZENI POLACY!