Poznańska pyra w odmętach absurdu

Tamara Olszewska

Poznańska pyra w odmętach absurdu

                I stało się. Choć nie chciałam, to musiałam, bo gdy wsłuchałam się w głos władzy naszej, wybranej wolą mniejszości narodu, to oblepiło mnie dokumentnie.

                Taki Waszczykowski: geniusz polityki zagranicznej, mistrz taktu, kultury i dyplomacji. Nie zaprosi do Polski Timmermansa, bo nie. Nieźle wyedukowany doktor nauk humanistycznych ma rozmawiać z podrzędnym urzędasem, który tylko wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej jest? Karząca ręka Boga spadłaby na nieskazitelność szefa polskiej dyplomacji jak grom. Zasad trzeba się trzymać, a najważniejsza jest jedna – UE jest dla polskiej władzy, a nie odwrotnie, więc mordka w kubeł i słuchać, co Waszczykowski głosi, rzecze, imputuje.

                A Pawłowicz w kagańcu? Jak ona to robi, że niby zakneblowana, a wciąż wydaje głos ku uciesze gawiedzi? Do historii przejdzie jej „marsz szmat” czy „myszka agresorka”. Ta biedna kobiecina, co to wsadzili ją do Krajowej Rady Sądownictwa, na każdym kroku musi karmić swoje rozdmuchane ego, bo jakże inaczej by żyła? Maleńkie ego dla takiej persony to największa porażka, stąd szczeka, ujada, podgryza, drapie w oparach absurdu z podobnymi sobie.

                Ziobro: maestro intelektu i wiedzy prawniczej. Ciężkie zadanie przed nim. Jako minister sprawiedliwości musi współpracować z prokuratorem generalnym. Jako prokurator generalny musi pilnować, by minister sprawiedliwości działał zgodnie z prawem. Tylko w jego wykonaniu jest szansa, by tak sprzeczne interesy ministra i prokuratora dały się pogodzić. W psychiatrii nazywa się to rozdwojeniem jaźni i leczy się farmakologicznie.

                Szydło: premier bez twarzy, kobieta bez głosu. Ot, taka tuba prezesa. Ciekawa jestem, czy jest ona w stanie wypowiedzieć choć jedno zdanie samodzielnie. Ostatnie dni spędziła w USA, biegając z kwiatami od jednego miejsca pamięci do drugiego, odpoczywając na ławeczce, a w wolnym czasie podpisując pakiet klimatyczny, za co zapewne bardzo będą jej wdzięczni nasi górnicy, gdy dotrze do nich, co to oznacza dla polskich kopalń. Marszałek Senatu, pan Karczewski, zapytany, po co premier pojechała do Ameryki powiedział krótko – nie wiem. A ja wiem - musiała odpocząć od wiecznego wiszenia na telefonie i wkuwania dyrektyw prezesa. To naprawdę ciężka praca, bo w pewnym wieku głowa nawala i trudniej cokolwiek zapamiętać.

                Wargocka: specjalistka od edukacji dzieci niepełnosprawnych. Jej propozycja powrotu do zamierzchłych czasów PRL, które wykluczały sporą grupę dzieciaków z normalnego życia i prawa do rozwoju powaliła mnie na kolana swoją prostotą i tępotą. Dzięki ci Boże za takich ekspertów, bo już niedługo wylądujemy w ziemiankach, przejdziemy na handel wymienny, a nauka skupi się tylko na czytaniu, pisaniu i lekcjach religii. Cała reszta do kosza, bo rozwój nam zupełnie niepotrzebny.

                Gliński: najważniejszy cenzor polski XXI wieku. Lata po teatrach, kinach, muzeach i wszędzie szuka treści niezgodnych, obraźliwych, szkalujących dobre, chrześcijańskie korzenie Polski. Mnie by się taka fucha przydała, bo to nie ma czasu na racjonalne odżywianie, za to kondycja fizyczna coraz lepsza i widoczny spadek kilogramów. A do tego jakaż łaska Boża nad człowiekiem czuwa w nagrodę. Może potem jakaś malutka kanonizacja za zasługi?

                Duda: prezydent nad prezydentami, który raz na jakiś czas budzi się ze snu służalczego i przypomina sobie, że też może powiedzieć coś od siebie. Strzela focha, po czym błyskawicznie prezes przywraca go do pionu. No, ale co się dziwić, jeśli wyszedł z błogosławionego łona i był wykarmiony przez błogosławione piersi. Zobowiązuje takie błogosławienie prawie od dnia poczęcia.

                Kaczyński: prezes, o którym można zaśpiewać – „ja szara mysz, ja szara kaczka, ja szara eminencja”. Po latach zniewag, obelg i dokuczania wreszcie się dorwał do żłobu i nie odpuści. Rozkazuje, zakazuje, wmawia, namawia, jątrzy, spiskuje, buja, ustawia. Jednym słowem - szef nad szefami, pan nad panami, a nad nim już tylko nicość.

                I mogłabym tak jeszcze wiele o tym, ale po co? Wiem, że 7 maja rzucimy sobie wzajemnie wielkie Koło Ratunkowe, które pozwoli nam opuścić bezpiecznie kipiel pisowskiego absurdu, wyczołgać się na brzeg normalności, otrząsnąć z kretynizmu władzy i wspólnie odetchnąć powietrzem świeżym i wolnym. Bo w końcu kto, jak nie my? Widzimy się w Warszawie na Wielkim Marszu. Do zobaczenia, do oczyszczenia i do odkażenia :-)