Mec Jeghern – dlaczego powinniśmy pamiętać?

Mateusz Baczewski

 

Holocaust z greki oznacza całopalenie, ofiarę całopalną, w historii świata pojęcie to zapisało się jako tragedia Żydów prześladowanych i zamordowanych w trakcie II Wojny Światowej. Jest pojęciem dobrze znanym, z reguły nie ma potrzeby go nikomu przedstawiać, jego okropieństwo jest niepodważalne (poza małymi wyjątkami negowania jego istnienia jak np. przez byłego prezydenta Iranu – Machmuda Ahmadinedżada) i w pełni potępiane. Ludobójstwo  Żydów wpisało  się w obraz okropieństw II wojny światowej i często obraz ten przeciwstawiany jest do obrazu jaki maluje się przed oczami Europejczyków dotyczącego jej poprzedniczki. Bo I Wojna Światowa kojarzy się głównie z siedzeniem przez żołnierzy w okopach, użyciem gazu musztardowego, pierwszorazowym zastosowaniem czołgów, czy historią nieszczęsnej Mata Hari. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że również w trakcie tej wojny miał miejsce swoisty „holocaust” nazywany w historii Mec Jeghern (z języka armeńskiego „Wielkie nieszczęście”). W dniu 24 kwietnia na całym świecie obchodzony jest dzień pamięci tej zbrodni, nad którą należy pochylić się szczególnie w kontekście aktualnych wydarzeń w rejonie kaukaskim.


Dlaczego akurat 24 kwietnia 1915 roku uważa się za początek tragedii? Do ataków na mniejszość Ormiańską zamieszkującą Imperium Osmańskie dochodziło znacznie wcześniej. Wina Ormian polegała na ich inności. Ormianie byli chrześcijanami, w zdominowanym islamem Imperium Osmański, posługiwali się własnym językiem, czuli odrębność kulturową i historyczną. Pomimo ponoszenia większych obciążeń (Ormianie zmuszeni byli do płacenia wyższych podatków niż ludność muzułmańska) ich prawa obywatelskie były znacznie mniejsze, a pod koniec XIX wieku zaczynały być coraz bardziej ograniczane. W wyniku dyskryminacji prawnej i ekonomicznej w latach 1894-1896 doszło do powstań ormiańskich, krwawo stłumionych przez rządy tureckie (według szacunku w tym tylko okresie zabito około 300 000 Ormian). Te wydarzenia były zapowiedzią tragedii jaką rząd turecki szykował w niedalekiej przyszłości. To właśnie 24 kwietnia 1915 roku Komitet Jedności  i Postępu (o ironio taką nazwę nadał sobie ówczesny rząd młodoturków pod przywództwem Taalata Paszy) wydał rozporządzenie nakazujące aresztowanie ormiańskiej inteligencji. To był pierwszy akt rozpoczynający żmudną operacje „przesiedlenia” ludności Ormianśkiej z zamieszkiwanych regionów, głównie z Anatolii. W maju ruszyły pierwsze transporty (w rejonach w których była żelazna kolej) lub pierwsze wypędzenia. „My Ormianie byliśmy zarzynani jak barany, prześladowani na różne sposoby, zabijani wszystkimi rodzajami broni. Turcy traktowali nas jak zdrajców, jak niewiernych. Co zrobiliśmy? Jaka wina na nas ciąży?” mówił w 2000 roku Haraoutium Mikelian jeden z nielicznych cudem ocalałych z masakry. Relacje innych opisują krwawe mordy, które towarzyszyły od początku wędrówki do miejsca celu, gwałty (wiele młodych Ormianek popełniało samobójstwo by nie dopuścić do siebie oprawców), grabieże mienia. Kresem wędrówki była pustynia Syryjska i tereny pustynne dzisiejszego Iraku. Tam na tych, którym udało się wytrwać, czekała rzeź. Kto nie zginął z wycieńczenie, pragnienia, głodu, chorób i spiekoty, ten był mordowany w brutalny sposób poprzez poderżnięcie gardła, bądź spalenie żywcem. W zbrodniczym procederze Turków wspierali Kurdowie, którzy uwierzyli w oficjalną propagandę zdrady narodowej jakiej mieli rzekomo dopuścić się Ormianie na rzecz Rosjan. Przez następne dwa lata czystek szacuje się, że wymordowano 75% wszystkich tureckich Ormian (około 1 500 000 osób). Całość odbyła się przy milczeniu zachodnich mocarstw, dobrze poinformowanych na temat rzezi przez swoich przedstawicieli dyplomatycznych ulokowanych w Imperium.  Niestety Imperium Osmańskie było zbyt ważnym sojusznikiem dla państw centralnych, a państwa ententy zajęte były działaniami na froncie. Niektórzy z dyplomatów, widząc całkowitą ignorancje problemu ze strony Zachodu, postanowiła na własną rękę ratować Ormian przed śmiercią (wspomnieć można ambasadora Stanów Zjednoczonych, który w murach ambasady udzielił schronienia 70tce ormiańskim dzieciom).


A jak wygląda współczesność? Rząd Turcji do tej pory nigdy nie przeprosił za dokonaną zbrodnię, mało tego neguje w ogóle jej istnienie. Oficjalnie strona turecka podaje, że przesiedlania były konieczne z powodu przemarszu wojska związanego z ruchami wojennymi, a ludność padła ofiarą epidemii. Na domiar złego obserwując politykę prowadzoną przez Recepa Erdogana, polegająca na coraz większym ograniczaniu praw obywatelskich, marginalizowaniu opozycji, tłumieniu protestów obywatelskich, współpracy ekonomicznej z państwem Islamskim (Turcja skupuje od ISIS ropę naftową po preferencyjnych cenach, zasilając budżet tej terrorystycznej organizacji) oraz dyskryminowanie mniejszości kurdyjskiej, można wysnuć obawy o kierunek w jaki zmierza współczesna Turcja. Pikanterii dodaje napięcie o Górski Karabach,  ormiańską enklawę w granicach Azerbejdżanu, do której prawa uzurpuje sobie  zarówno Azerbejdżan (wspierany przez Turcję) jak i Armenia (wspierana przez Rosję). Potęguje to i tak już napięte stosunki miedzy Turcją a Rosją. Mozaika regionu rodzi więc bardzo niepokojący obraz. Czy we współczesnym świecie będzie możliwe powtórzenie rzezi na miarę Mec Jeghern? Czy ofiarą padną tym razem Kurdowie, którzy raptem sto lat temu mordowali Ormian ramie w ramię z Turkami? Czy spór o Górski Karabach nie stanie się zarzewiem do nowej wojny, o zasięgu przekraczającym zasięg lokalny? Jak my zachowamy się w obliczu nowej tragedii?  Czy narody świata znów będą milczeć?

Mec Jeghern.  Wielkie Nieszczęście. Dlatego musimy pamiętać.