Andrzej Wajda – kino i polityka

kino odliczanie s"Sztuka to wielkie ucho i oko świata : słyszy i widzi - i ma zawstydzać, drażnić i budzić sumienie" - Joseph Conrad

Tadeusz Jabłoński
Z Andrzejem Wajdą jako reżyserem filmowym (bo pamiętam też jego świetne realizacje w teatrze i teatrze tv) mam niejaki problem. Otóż jego filmy w mojej ocenie są dosyć nierówne – niektóre znakomite, a niektóre wręcz słabe. Do tych ostatnich zaliczyłbym jego komedie: „Niewinnych czarodziei”, „Polowanie na muchy” czy „Zemstę”. Podejrzewam, że nasz oscarowy reżyser po prostu nie posiada wyczucia tego gatunku filmowego.
Bardzo piękne są natomiast te jego dzieła, które dotykają spraw przemijania i odchodzenia, miłości i śmierci (przede wszystkim ekranizacje prozy Iwaszkiewicza, a więc „Brzezina”, „Panny z Wilka” i „Tatarak”). Ale to jakby inny Wajda – estetyzujący, zamyślony i trochę metafizyczny.
Swój prawdziwy kunszt natomiast pokazuje reżyser w tym, co można nazwać kinem polityczno- historycznym, poczynając od debiutanckiego „Pokolenia”, a na „Wałęsie” kończąc. Tu w pełni ujawnia się jego reżyserki pazur, wyczucie dramaturgii i tempa, a przede wszystkim umiejętność trafiania do widowni w sprawach dla niej ważnych i narzucania jej swojej wizji. Już samo pojawienie się takich filmów jak „Kanał”, „Popiół i diament” (który wciąż cenię sobie najwyżej), „Popioły”, „Wesele”, „Człowiek z marmuru” czy właśnie „Wałęsa” wywoływało gorące spory dotyczące mniej lub bardziej odległej przeszłości. Jednak tak naprawdę były to dyskusje o naszym „tu i teraz”. Bardzo trafnie ujął to w ostatnim „Newsweeku” Rafał Kalukin:

 >„Kanał” i „Popiół i diament”to filmy nierozłącznie związane z Październikiem '56.

„Popioły” nieświadomie stały się kontrapunktem dla moczarowskiej ofensywy.
„Wesele” kwitowało doświadczenia Marca '68 i Grudnia '70, niosąc gorzkie świadectwo
niemożności porozumienia elit z ludem.
„Ziemia obiecana” polemizowała z konsumpcyjną ofertą Gierka.
A „Człowiek z marmuru” zapowiadał moralną delegitymizację systemu opartego na kłamstwie i przemocy. I to konkretnie wskazując miejsce nadchodzącej rewolucji – Stocznię Gdańską!<

Ale i w tej grupie filmów są też słabsze artystycznie, chociaż ważne i potrzebne. Za takie uważam na przykład „Człowieka z żelaza” czy „Katyń”. Ten pierwszy to sfabularyzowany reportaż, zaś drugi razi mnie akademickością ujęcia tematu (chociaż scena rozstrzeliwania polskich oficerów jest wstrząsająca i na długo zapadła mi w pamięć).
Jednak Andrzej Wajda to także świadek czasów, w których przyszło mu żyć, i aktywny uczestnik wielu ważnych wydarzeń. Jest przykładem człowieka mocno doświadczonego tym, co przyniósł XX wiek. Widział katastrofę państwa we wrześniu '39, w czasie okupacji był w AK, zaś ojca stracił w Katyniu. Potem przyszło doświadczenie komunizmu (już w 1946. trafił na krótko na komendę UB) i PRL-u, więc konieczność borykania się z ówczesną władzą, co dla artysty oznaczało także konieczność kompromisów, aby jego dzieła mogły w ogóle powstać. Ale nigdy chyba nie miał złudzeń co do tamtego systemu i nigdy też nie wstąpił do partii.
Wreszcie przyszedł Sierpień '80, który – jak sam mówi – był dla niego najpiękniejszym przeżyciem. Bardzo często wspomina, jak został przyjęty przez stoczniowców w Gdańsku – było to dla nich oczywiste, że jest wśród nich, bo znali jego filmy i postawę polityczną (zresztą to jeden z robotników stoczniowych podsunął mu pomysł, by nakręcić „Człowieka z żelaza”).
Jak widać, Andrzej Wajda nie jest artystą zamkniętym w świecie swojej sztuki, więc gdy nadszedł przełom roku 89., został senatorem z listy Komitetu Obywatelskiego. I tak filmowiec romantyk musiał zająć się nieromantyczną materią stanowienia i uchwalania prawa w III RP.
Jego poglądy były wtedy i są do dziś wyraziste, aczkolwiek wyważone. Wajda nie znosi ksenofobii, nietolerancji i zaściankowości, zaś ceni sobie otwartość i nie boi się konfrontacji ze światem. Jest zdeklarowanym zwolennikiem naszej pookrągłostołowej drogi do Europy (chociaż nie jest ślepy na popełnione błędy) i docenia to, co dzięki temu osiągnęliśmy. Nic zatem dziwnego, że poczynania rządzących obecnie Polską bardzo go niepokoją i budzą w nim jak najgorsze skojarzenia, mianowicie z nacjonalistyczną ideologią Polski przedwojennej. Zaś ze strony tamtych środowisk on – człowiek, który stawał zawsze po właściwej stronie jako Polak, obywatel i artysta – bywa pozbawiany miana patrioty!
Sadzę, że honorowe obywatelstwo Gdańska (miasta wolności i solidarności, jak z dumą mówimy) jest piękną i właściwą odpowiedzią na tego rodzaju kalumnie.
Sto lat, panie Andrzeju!


Tadeusz Jabłoński