Waleczność w czasach pokoju

walka2 sMB

Jednym z najtrudniejszych do zrozumienia zjawisk zachodzących w polskim społeczeństwie jest permanentny stan mentalnej gotowości bojowej. Ostatni zbrojny konflikt, w który Polska była poważnie zaangażowana, skończył się 70 lat temu. Tymczasem nadal chcemy się bić i wydajemy się w ogóle nie dopuszczać do siebie myśli, że można funkcjonować inaczej.

Pracodawca występuje w opozycji do pracownika, mimo że gdyby ze sobą współpracowali, skorzystałyby obie strony. Przeciętny polski pracownik czuje się ponad miarę wykorzystywany, zbyt nisko opłacany, nienawidzi swojego szefa, swojej firmy i swojej pracy, więc na każdym kroku szuka okazji, żeby jakoś to sobie zrekompensować – pozoruje pracę, fałszuje jej wyniki, a w przerwach na papierosa z dumą opowiada o tym kolegom i koleżankom. Przeciętny szef natomiast z zasady nie ufa pracownikom. Jedynym sposobem na zabezpieczenie się przed ich nieuczciwością i lenistwem, jaki zna, jest kontrolowanie i dokręcanie śruby – o czym ze świętym przekonaniem o swojej racji opowiada innym szefom przy piwie. Niesamowite, jak łatwo przeciętny pracownik po awansie przeistacza się w przeciętnego szefa. Przejęcie znienawidzonych metod i kierowniczego punktu widzenia trwa zazwyczaj nie dłużej niż miesiąc.

 

Katolicy występują w opozycji do ateistów, uznając „niewiernych” za Polaków gorszego sortu lub w ogóle odbierając im prawo do posługiwania się mianem Polaka. Ateiści natomiast uznają katolików za nawiedzonych i wyraźnie głupszych od siebie. Przedstawiciele żadnej ze stron nie przepuszczą żadnej okazji do ataku, choć nikomu nie przynosi to realnych korzyści.

 

Proletariat walczy z establishmentem. Kibice z policją. Narodowcy z lewakami. Polak po prostu musi walczyć. Nawet, jeśli nie widzi na horyzoncie żadnego realnego wroga, to go sobie wymyśli – wszyscy słyszeliśmy o światowym spisku Żydów i masonerii, o neokolonializmie, którego ofiarą padła nasza piękna ojczyzna po roku 1989, czy o tym, jak szkodliwe dla naszych dzieci są szczepienia przeciwko ospie.

 

W świadomości Polaków w ogóle nie istnieje pojęcie gry o sumie niezerowej. A szkoda, bo gdyby zaistniało, być może przestalibyśmy ze sobą walczyć, a zaczęli współpracować. Z grubsza rzecz biorąc chodzi o to, aby uświadomić sobie, że zderzenie interesów dwóch podmiotów nie musi wcale oznaczać, że jeden podmiot straci, a drugi zyska. Jak to wygląda w praktyce? Załóżmy, że firma A ma okazję zrobić dobry interes, nie dysponuje jednak wystarczającym kapitałem, aby została do niego dopuszczona. Firma B natomiast dysponuje odpowiednim kapitałem, w przeciwieństwie do Firmy A nie ma jednak kontaktów niezbędnych aby wziąć w przedsięwzięciu udział. Jeśli obie firmy chcą zarobić, będą musiały ze sobą współpracować. Np. Firma B przekaże Firmie A potrzebną kwotę w zamian za udział w zyskach.

 

Dużą karierę w ostatnim czasie robi teoria, jakoby Polska była przez zagranicznych inwestorów rozkradana. Przeświadczenie to wynika z celnej obserwacji wyznawców owej teorii, że zagraniczni inwestorzy na interesach w Polsce zarabiają. Zgodnie z „wojenną” logiką - skoro ktoś się dorobił, ktoś musi stracić. Jedynym sposobem, aby uchronić ojczyznę przed rozkradaniem i grabieżą wydaje się więc wypędzenie zagranicznego kapitału, dzięki czemu na rynku powstałoby więcej miejsca dla rodzimych podmiotów, które miałyby rozkwitnąć.

 

Niestety obawiam się, że to tak nie działa. Izolacjonizm nie jest korzystny dla żadnej, nawet najsilniejszej gospodarki. Przekonały się o tym chociażby Stany Zjednoczone po pierwszej wojnie światowej, doświadczają tego obywatele Białorusi czy Korei Północnej. Żaden kraj nie jest samowystarczalny, a jeśli będzie próbował – znajdzie się daleko w tyle za resztą świata. Oczywiście zdarzają się osoby, które twierdzą, że przecież na Białorusi żyje się lepiej niż w Polsce, nie do końca chce mi się w to jednak wierzyć. Nie byłem nigdy w tym kraju, ale mieszkając w Trójmieście poznałem kilkoro mieszkających tu Białorusinów, którzy wcale na powrót do ojczyzny nie mieli ochoty.

 

Aby kraj mógł nadal się rozwijać, bojowość Polaków będzie kiedyś musiała ustąpić miejsca gotowości do współpracy. Nie trzeba być politologiem ani ekonomistą, żeby to zrozumieć. Dlatego mam nadzieję, że Polacy którzy na każdym kroku podkreślają swój patriotyzm i swoją miłość do ojczyzny zrozumieją w końcu, że ci, którzy na każdym kroku nawołują do walki, działają na jej niekorzyść. Przynajmniej dopóki żyjemy w pokoju.