Obrotowe drzwi historii

drzwi obrotowe"Niewiele krajów potrafiło się zabezpieczyć przed przywódcami nieżywiącymi wątpliwości, że prawdziwa historia zacznie się dopiero od nich" - Leon Lech Beynar "Rozważania o wojnie domowej"

Barbara Goworowska-Milewska

Historia to nie zlepek faktów, lecz związek przyczyn i skutków, składających się na logiczny ciąg zdarzeń. Może warto przez chwilę prześledzić kawałek naszych dziejów. Polacy lubują się w martyrologii, to poniekąd wypływa z naszych dziejów. Warto zwrócić uwagę, że w zależności od ustroju czy trendów politycznych historią nie tylko próbuje się manipulować, nią się najzwyczajniej manipuluje.
Mimo heroicznej obrony we wrześniu 1939 r. sojusznicy niemiecko-sowieccy dokonali IV rozbioru Polski. Niemal natychmiast powstało Polskie Państwo Podziemne i Polski Ruch Oporu. Związek Walki Zbrojnej (ZWZ) podlegał Rządowi Polskiemu na uchodźctwie. Tak zagwarantowano polityczną i wojskową ciągłość władz Rzeczypospolitej. Potem, aby scalić rozdrobnione zbrojne podziemie, utworzono Armię Krajową. Zaś część Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ), z Obozu Narodowo Radykalnego (ONR), uznając Rząd Emigracyjny, działała niezależnie, walcząc z nazistami, komunistami i antypolskimi Ukraińcami. Kiedy klęska Niemiec stawała się coraz bardziej prawdopodobną, za głównego wroga uznała ZSRR.

O walkach z Niemcami i nacjonalistami ukraińskimi mamy ogólne pojęcie. Na terenach wschodnich dochodziło do starć z partyzantką radziecką. O odosobnionym, choć w ówczesnych warunkach zrozumiałym, mało chlubnym incydencie raczej jest cicho. Otóż 5. Wileńska Brygada AK, dowodzona przez mjr. Zygmunta Szendzielarza ps. "Łupaszka", dokonała egzekucji 27 osób cywilnych. Była to gwałtowna, odwetowa reakcja, spowodowana kolejnym masowym mordem popełnionym na ludności polskiej przez proniemieckie litewskie oddziały policji.
Obraz podziemia dopełniają polscy komuniści. Mobilizację podjęli, gdy Niemcy zaatakowali Związek Radziecki. Gwardia Ludowa faktycznie prowadziła akcje odwetowe przeciw hitlerowcom. Była przy tym agendą wywiadu sowieckiego. Wydział Informacyjny zbierał dane o Polskim Państwie Podziemnym i organizacjach konspiracyjnych, w miarę możliwości szkodząc ich funkcjonowaniu. Nieraz, w ramach – jak to określali – oczyszczania terenu z "reakcji i faszystów", dokonywali napadów na obszary operacyjne oddziałów AK. W Warszawie ujawnili dla Gestapo listę 50 osób z AK i Delegatury Rządu. Zdarzała się również sporadyczna współpraca pomiędzy oddziałami. Ogólnie jednak sytuacja była na tyle groźna, że we wrześniu 1943 r. dowódca AK gen. Tadeusz Komorowski "Bór" wydał rozkaz przystąpienia do zbrojnego zwalczania grup bandyckich i wywrotowych. Tego komuna nie wybaczyła.
Kiedy wojska radzieckie zbliżały się do granic II Rzeczypospolitej, Armia Krajowa liczyła ok. 390 tys. żołnierzy. Podjęto przygotowania szeroko zakrojonej, skierowanej przeciw hitlerowcom operacji wojskowej o kryptonimie "Akcja Burza". Tym samym zamierzano pokazać Rosjanom, że tu gospodarzami są Polacy, a władzą Rząd Emigracyjny – jedyny kontynuator struktur Państwa Polskiego sprzed września 1939 r. Przy wyzwalaniu Wilna, dokonanym pospołu z Armią Czerwoną, nastąpiła częściowa dekonspiracja, co ułatwiło komunistom wprowadzanie nowych porządków. Powołali PKWN, powstanie warszawskie upadło. Armię Czerwoną i Ludowe Wojsko Polskie zasilano poprzez przymusowe wcielenia. Sowieci ziemie polskie traktowali jak teren zdobyczny. Uznanie przez aliantów Armii Krajowej za wojsko sprzymierzone nie zmieniło realiów; dla komunistów byli wrogami, których należało zniszczyć. Zaczęły działać obozy filtracyjne i przejściowe. Nawet świeżo wyzwolony Obóz Koncentracyjny na Majdanku znów otworzył bramy. Teraz stał się świadkiem osadzenia ponad 2700 żołnierzy podziemia. Obozy, zapełnione więzienia, masowe pacyfikacje i deportacje, grabież wszystkiego, co jeszcze ocalało, stanowiły drugie oblicze tego wyzwolenia.
Nadzieja na konflikt aliantów z sowietami, opór przeciw zniewoleniu zaowocowały odbudową konspiracji. Ocalała część Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj w porozumieniu z Rządem Emigracyjnym utworzyła zrzeszenie Wolność i Niezawisłość (WiN), formacje ZWZ-AK tworzyły partyzantkę. Głównym zadaniem stała się samoobrona. Rozbijano więzienia, chroniono majątek narodowy przed sowiecką grabieżą, wykonywano wyroki na członkach PPR, UB i ich współpracownikach. By zdobyć fundusze, broń, zaopatrzenie, przeprowadzano akcje konfiskaty. Zawłaszczeń tych, zresztą za pokwitowaniem, starano się dokonywać w spółdzielniach i gospodarstwach podległych nowej władzy i w majątkach komunistów. Do końca lat 40-tych straty oddziałów partyzanckich uzupełniali ludzie, dla których ucieczka do lasu była jedynym ratunkiem. Niezłomna postawa, tożsama z zawołaniem cichociemnych "wywalcz wolność lub giń", stanowiła maksymę takich dowódców jak Ponury, Huzar, Łupaszka, Zapora, Olech, Orlik, Młot i wielu, wielu innych. Te lata do 1953r. określane bywają jako czas Powstania Antykomunistycznego.
Historia tego okresu to nie tylko bohaterstwo i martyrologia. Plagą tamtych lat był pospolity bandytyzm, nie mający nic wspólnego z podziemiem konspiracyjnym, tak jednak się dzieje wszędzie i po każdej wojnie. Czym innym jednak były oddziały dokonujące mordów, których nie usprawiedliwiają żadne "patriotyczne" przesłanki, oddziały przeklętych, wśród których można znaleźć Romualda Rajsa ps. Bury czy Józefa Kurasia ps. Ogień. Była też Brygada Świętokrzyska z NSZ-ONR, która wyszła z wojskami niemieckimi. Propaganda komunistyczna wykorzystała to wszystko ochoczo. AK okrzyknięto bandą kolaborantów i zdrajców, broniącą swoich dawnych interesów, reakcjonistami prowadzącymi zbrodniczą i grabieżczą działalność.
Terror NKWD i UB rósł, szanse na wybuch wojny malały. Po ogłoszeniu amnestii w lutym 1947 r. część członków NZW podjęła decyzję o ujawnieniu się. Żołnierzy Polski Walczącej często osadzano w jednych celach ze zbrodniarzami hitlerowskimi, jak na ironię lepiej traktowanymi. Tortury fizyczne i psychiczne stanowiły nieodłączny element przesłuchań. Wiele osób ich po prostu nie wytrzymało. Na pokazowe procesy oficerów polskich przebierano w mundury niemieckie. Tysiące ludzi skazano na karę śmierci, dziesiątki tysięcy na kary więzienia.
W tym ogromie zbrodni znamienne są dwa wyroki. Rozstrzelanie młodziutkiej dziewczyny z oddziału Żołnierzy Niezłomnych i haniebne powieszenie generała, który w drugiej konspiracji już nie był.
Dnia 28 sierpnia 1946 r. w Gdańsku, po torturach, które jej nie złamały, i haniebnym procesie rozstrzelano 17-letnią Danusię Siedzikównę pseudonim Inka, sanitariuszkę i łączniczkę jednego z oddziałów mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki".
Gen. bryg. August Emil Fieldorf ps. Nil, legionista, dowódca kompanii w wojnie z bolszewikami, dowódca Kedywu AK, zastępca Komendanta Głównego AK, dnia 24 lutego 1953 r. w więzieniu na Mokotowie został powieszony jak pospolity złoczyńca. Pomimo wywózki za Ural, więzienia, tortur i nikczemnego procesu pozostał niezłomny; ostatnie honory bohaterowi walk o niepodległą oddali współwięźniowie.
Te dwa ciała, podobnie jak i pozostałych ofiar systemu, zagrzebano ukradkiem, "gdzieś po płotem". Mściwie ograbiano z honoru jako niegodnych, próbowano zetrzeć z kart dziejów. Nowa władza potrzebowała nowej historii.
Społeczeństwo komuny nie chciało, lecz pragnęło żyć we względnym spokoju. W 1950 r. Episkopat Polski zawarł z władzami komunistycznymi porozumienie; w pkt. 8. podpisał "kościół potępiać będzie zbrodniczą działalność band podziemia". Cicho pokrzyczano "Prymas zdrajca". Za czasów komuny nawet kościół nie lekceważył władzy. Dzisiaj spowija to mgła zapomnienia. Wszyscy bali się bezpieki, spolegliwy naród z partią budował socjalizm, świętował 1 Maja i 22 Lipca, grzecznie biegał do urn wyborczych. Kolejne zrywy i protesty opłacane kolejnymi ofiarami nie podnosiły kwestii zmiany ustroju. Domagano się zmian na "socjalizm z ludzką twarzą".
Nastała III RP, przyszedł czas zadośćuczynienia, aby tym, co walczyli o wolność ojczyzny, przywrócić należne im miejsce, i tej dziewczynie, i jej wyklętym kolegom, i generałowi, i tym z imienia znanym, i tysiącom bezimiennych. Niestety zaczął się spektakl polityczny. Teraz na margines zeszli żołnierze Ludowego Wojska Polskiego, jakby chciano zapomnieć, że dla wielu z nich dywizja kościuszkowców była jedyną szansą powrotu do kraju, że była przymusowo zasilana żołnierzami podziemia. Prawica, pospołu ze skrajnymi organizacjami typu ONR, próbuje się mienić spadkobiercami bojowników o niepodległość. Nawet znaku Polski Walczącej nie zostawiono w spokoju. Wygląda, jakby splendor tych, co odeszli, miał spływać na tego, kto szybciej, kto lepiej ich uczci. Zaczął się festiwal paradoksów. Prezydent Lech Kaczyński najpierw klękał przed pomnikiem "Ognia", mówił o odznaczeniu, by za chwilę wycofać się i przepraszać. Niedawno kolejny Prezydent PiS-u zgodził się objąć patronatem marsz ONR ku czci Żołnierzy Wyklętych. Tu na równi z bojownikami znalazł się niesławny Bury. Znów sprawę szybko odkręcano. Prawicowi publicyści i media urządziły istną gimnastykę, aby umniejszyć rolę Prezydenta Bronisława Komorowskiego w nadaniu pośmiertnych odznaczeń. To jest nie tylko żałosne – to jest wstrętne, to uwłacza pamięci tych, którzy chlubne karty naszej historii napisali własną krwią. 1 marca to dzień pamięci Żołnierzy Wyklętych. TAK, przywróćmy im dobre imię. Rocznic mamy wiele, przypominają o córkach i synach tej ziemi, którzy swą miłość do ojczyzny okupili własnym życiem. Ale pamięć o nich należy do całego narodu!!!
Pisząc te słowa, niejedną chwilę spędziłam w zadumie. Na starej fotografii sześciu młodych uśmiechniętych mężczyzn. W przeciągu trzech miesięcy dwóch zamordowano w Katyniu, jednego gestapo rozstrzelało na lubelskich Rurach Jezuickich, czwartego utuliła Syberia. Dwóch ostatnich nieco później koledzy z AK pogrzebali gdzieś w lasach. Drugi dziadek AK i powstanie warszawskie ukrywał do końca. Podobnie ojciec. Rodzina uczyła: jaka jest ojczyzna, taka jest, ale kraj, prawo i pamięć przodków szanować. Rodzice III RP powitali jak szczęście, lecz PiS-u nie pokochali. A ja? Teraz ze mnie komunistka, esbek, złodziej, drugi sort z genem zdrajcy. Dzisiaj historia znów zaczyna przypominać drzwi obrotowe.

 


Barbara Goworowska-Milewska
Murem za Wałęsą