KOD 3: ŻOŁNIERZE WYKLĘCI

1zlotyPiotr Ejsmont

Chyba ze 20 lat temu narodził się termin: żołnierze wyklęci, ci co brali udział w powstaniu warszawskim lub po zakończeniu wojny walczyli z bronią przeciwko komunie. Rzetelni historycy nie raz dowiedli, że wśród tych drugich byli ludzie różnego pokroju będący ucieleśnieniem mieszaniny dobra i zła. Tak naprawdę ludzie pogubieni. Skazani na porażkę. W tych trudnych czasach trudno było nie popełniać błędów. Nie jest łatwo ich oceniać. Mnie wtedy na świecie nie było, ale byli moi rodzice. W 1944 roku mój ojciec miał 18 lat i mieszkał w Warszawie. Kiedy zaczęło  się powstanie, został poważnie ranny w brzuch. Rodzina wykupiła go ze szpitala. Niedługo potem został razem z moim dziadkiem aresztowany i wywieziony do obozu w Dachau. Nie wiem, czy obaj brali udział w powstaniu. Nigdy nie chcieli o tym mówić. Ojciec był żołnierzem AK. Wiem tylko, że w obozie musieli jeść zupę z brukwi oraz pokrzyw i że wyłapali wszystkie krety w okolicy. Dopiero po śmierci ojca dowiedziałem się o jego traumatycznych przeżyciach w obozie. Któregoś dnia z obozu zbiegła  grupka więźniów. Była mroźna zima. Niemcy wyrzucili wszystkich więźniów na plac i kazali im tam stać do chwili, aż złapią wszystkich uciekinierów. Z każdą godziną wśród stojących na mrozie wzbierało uczucie nienawiści do uciekinierów. Nic zatem dziwnego, że kiedy zapędzono na plac ostatniego złapanego, wszyscy się cieszyli. Jasne, że uciekinierów czekała teraz śmierć. Niemiecki dowódca wskazał na ojca i kilku innych chłopaków. Mieli dla skazańców wybudować szubienice.
Na szczęście wojna szybko się skończyła. Ojciec z dziadkiem wrócili do Warszawy. Ktoś im bliski, widząc na co się zanosi w kraju, poradził ojcu, by wyniósł się jak najdalej z Warszawy, bo jako były AK-owiec nie będzie miał tam dobrego życia. Wyjechał do Gdańska. Został lekarzem, potem profesorem Uniwersytetu Gdańskiego. Wojenne wydarzenia tak bardzo zachwiały jego psychiką, że już nigdy nie chciał do nich wracać. W Gdańsku był człowiekiem, który nie miał przeszłości. Nie podskakiwał, więc nikt się go nie czepiał. Przestrzegał mnie tylko przed mieszaniem się w politykę. Nadaremnie. To on w 1970 roku słuchał ze mną Wolnej Europy i Głosu Ameryki. Tylko raz wyszedł przed szereg. W 1982 roku , w stanie wojennym, po jakiejś demonstracji milicja ujęła kilku studentów. Groziło im więzienie, a w najlepszym wypadku wywalenie ze studiów. Ojciec razem z rektorem poszli  gdzie trzeba, wstawili się za nimi. Studenci nie zostali wyrzuceni.


Moja matka w 1944 roku miała 19 lat. Mieszkała wtedy w Białymstoku. Jej pierwsza wielka miłość została zamordowana przez Rosjan na Zamku Lubelskim. Po wyzwoleniu mogła zostać dziennikarką miejscowej gazety, ale nie chciała być trybikiem w maszynie propagandy. Chciała zostać lekarką. Wyjechała do Gdańska. Tu skończyła studia i przez całą swoją karierę zawodową była pediatrą. We wrześniu 1980 roku czynnie poparła strajk studentów AMG, została wybrana do komisji zakładowej Solidarności Szpitala Wojewódzkiego .Niedługo potem przyjechał do nas nasz kuzyn Andrzej Wielgosz z Kanady. Z zawodu lekarz. Andrzej przyrzekł zorganizowanie pomocy medycznej dla szpitala. Z matką uzgodnili, co jest najbardziej potrzebne, a brakowało wszystkiego. Kilka miesięcy po wprowadzeniu  stanu wojennego dostaliśmy z portu gdańskiego zawiadomienie o konieczności zapłacenia potężnej kwoty za cło za lekarstwa, które przypłynęły z Kanady. Matka ubrała się i poszła do komisarza wojennego. Powiedziała mu, że są to leki dla dzieci, a dla niej jako lekarza nie ma znaczenia, czy są to dzieci komunistów czy wywrotowców z Solidarności, bo dzieci poglądów politycznych jeszcze nie mają. Cło nie zostało naliczone. Mniej więcej w tym samym czasie matka ujawniła mi, że latem 1944 roku, już po wejściu Rosjan do Białegostoku została zaprzysiężona jako żołnierz AK i przybrała pseudonim Zośka. Powiedziała mi to dlatego teraz, bo o tych rzeczach się nie powinno  mówić. Perfekcyjna konspira. W swoim domu ukrywała partyzantów AK, wszelkich zbiegów, którzy uciekali przed NKWD, nawet dwójkę żołnierzy włoskich. Ukrywała kogoś z oddziału Łupaszki. We Wrzeszczu wskazała mi nawet mieszkanie, gdzie ukrywał się sam Łupaszko.
Gdybym powiedział moi rodzicom, że byli żołnierzami wyklętymi, z pewnością by mnie wyśmiali. Oni nie znali takiego terminu. Myślę, że bardziej niż za wojnę chcieliby być wspominani za to, co uczynili później. Obydwoje za to, ilu studentów wykształcili, matka także za to, ilu dzieciom uratowała życie.
O żołnierzach wyklętych zaczęło być głośniej, kiedy narrację historyczną przejęły środowiska  narodowo - prawicowe. Nagle okazało się, że patriotyzmu powinniśmy się uczyć od kiboli i szalonych muzyków w narodowych koszulkach. Wmawia się nam, że należy czcić wszystkie nasze wielkie klęski, a nie zwycięstwa. Kreuje się kulturę walki ze wszystkimi, a zapomina honorować tych, którzy ustrzegli nas przed niepotrzebnym rozlewem krwi. To jest jakaś zbiorowa schizofrenia. W końcu nagrodę Nobla przyznaje się za szerzenie pokoju, a nie wojny. Jeśli ktoś się wychyli i stwierdzi, że nie wszyscy z tych żołnierzy wyklętych byli świętymi, to od razu naraża się na kubeł pomyj. Według prawdziwych patriotów nie ma miejsca w naszym kraju dla Grossa, Tokarczuk, Wajdy  i wszystkich tych, którzy odważą się pokazać, że jak każdy naród mamy swoje dobre i złe historie. Czy „prawdziwie patriotyczni Polacy” wykazali się już jakimś pięknym czynem oprócz wymachiwania chorągwiami ? Jestem pewien, że gdyby zaszła taka potrzeba, to byliby pierwszymi, którzy porzuciliby narodowe flagi a koszulki szybko przełożyliby na drugą stronę.
Przejęcie idei żołnierzy wyklętych przez patriotycznie nastawionych kiboli ma swoje wytłumaczenie. Oni jakby wyczuwali te prawdę, że ci żołnierze świętymi nie byli, podobnie jak kibole. W ten sposób dowartościowują swoje środowisko. Chcą dać przekaz, że są takimi sympatycznymi urwisami, więc kościół ich może pobłogosławić.
Znacznie bardziej instrumentalnie traktują żołnierzy wyklętych ci , co predestynują do roli wielkiego zbawcy narodu. Manipulacja historią jest narzędziem do sterowania ludźmi. Obłudne wykorzystywanie wartości patriotyzmu poprzez narzucenie nacjonalistyczno-militarnego znaczenia tych wartości ma jeden cel. Społeczeństwo ma być skupione wokół stałej walki z demonami przeszłości. Polska ma być w tym obrazie wielka i zawsze oszukiwana. Trzeba o ten obraz walczyć każdego dnia a nie o swobody obywatelskie. Lud ma maszerować w imię Narodu i nie podważać wielkości swojego przywódcy. W tę układankę wpisują się nowe dogmatyczne przekazy. Mamy nowych męczenników. Są zatem podstępnie zabici a nie ofiary katastrofy w Smoleńsku. Jest grupa dziennikarzy niepokornych, którzy cierpieli katusze za poprzedniej władzy i narażali się więcej niż ci za czasów komuny. Ci co przeprowadzili  w Polsce bezkrwawo zmianę systemu politycznego, która zapoczątkowała nowy porządek w świecie, mają być zdrajcami narodu, sprzedawczykami, agentami SB. To nic, że cały świat daje za przykład rozwiązywania narodowych sporów właśnie nasz Okrągły  Stół. Według „prawdziwych patriotów” przy tym stole co najwyżej wódkę pito. Takie narracje historyczne wzorem obecnej Rosji za chwilę staną się obowiązkowe w szkołach.
Wiem jedno. Na kłamstwie, pomówieniach nie buduje się trwałych podwalin obywatelskiego państwa. Nadmiar militarnych interpretacji nie jest w stanie wykształcić solidnych postaw patriotycznych obywateli. Będą maszerować z flagami, czcić wojny a jednocześnie oszukiwać państwo jak się da. Państwo zamknięte w swojej nacjonalistycznej skorupie nie rozwija się. Chrońmy historię przed politykami, zostawmy ją rzetelnym historykom i skoncentrujmy się na tym, co nas czeka.