Zgubione zdjęcia. Trzy spotkania z Lechem Wałęsą

Olga Kubińska

 


Aut. M. Jabłońska i K. Kolarz

To były w sumie trzy spotkania, za każdym razem związane z obecnością gości zagranicznych, którymi się opiekowaliśmy. Pierwsze, w połowie lat 80., data byłaby do odtworzenia, rok jednak nie jest tu szczególnie istotny, ważne, że było to w imieniny – Lecha albo Danuty. Za drugim i trzecim razem z kolei rok trudno byłoby zapomnieć – 1990, II Krajowy Zjazd “Solidarności.”
Najpierw to pierwsze spotkanie, na Zaspie. Do Gdańska przyjechał Desmond Graham, nasz przyjaciel z Newcastle, autor poetyckiej najnowszej historii Polski. Być w Gdańsku I nie móc porozmawiać z legendą? Bardzo chciał się spotkać z Wałęsą – mój mąż zaaranżował przez kogoś z licznego grona doradców Lecha spotkanie I o ustalonej godzinie pojawiliśmy się na Pilotów na Zaspie. Doradca o niczym nie wspomniał Lechowi, czy to ze strachu przed panią Danutą, czy też ze względu na swój niższy, niż publicznie przyznawała, status w hierarchii doradców. My staliśmy we troje na klatce schodowej, doradca – za progiem, sytuacja była cokolwiek niezręczna, na szczęście sam gospodarz wkroczył do działania I posadził nas za stołem. Parę minut, Lechu, goście przychodzą, rzuciła Pani Danuta, wyraźnie poirytowana.
Parę minut zamieniło się w pół godziny, Lechu mówił, mówił, mówił. Mój mąż tłumaczył, Desmond słuchał. Zadał kilka pytań. Lechu przedstawiał sytuację w kraju, międzynarodową, nie spieszył się. W połowie lat 80. nie był na fali: Solidarność więdła, atmosfera była duszna, a perspektywy – nader nieciekawe. Może profesor z angielskiego uniwersytetu był jakąś odmianą.
Z tamtego spotkania zapamiętałam atmosferę – własne onieśmielenie I poczucie, że przypadkowo uczestniczę w spotkaniu z człowiekiem -legendą, o dużym autorytecie, onieśmielającym właśnie. W końcu wyszliśmy, poganiani przez Panią Danutę, o której – w tym kontekście, w tym świetle mówię po raz trzeci nie przypadkiem.
Pięć lat później to już były zupełnie odmienne spotkania. Po pozornie przegranym strajku w 1988 roku, po rozmowach Okrągłego Stołu, po bezkrwawej rewolucji, w Hali Olivii w Gdańsku odbywał się II Zjazd Solidarności, na którym zostaliśmy z mężem zatrudnieni w roli tłumaczy-opiekunów zagranicznych delegacji. Wśród osób oddanych pod naszą opiekę byli m.in. przedstawiciele ILO (Międzynarodowej Organizacji Pracy) oraz przedstawicielka Związków Zawodowych Pracowników Mediów z Genewy. O samym zjeździe, atmosferze w kuluarach warto napisać więcej, podobnie jak o atmosferze święta I chaosu cechującej cały Zjazd. Dla mnie ważne było, że mogłam wówczas spotkać Artura Międzyrzeckiego, który został posadzony wraz gośćmi zagranicy przy centralnym stole, przy którym, naprzeciw nas, siedział Lech Wałęsa. Rozluźniony, bezpośredni. Szczęśliwy. Udało mi się wówczas zrobić zdjęcie ich Obu – Pana Przewodniczącego Wałęsy I Pana Redaktora Tadeusza Mazowieckiego, gdy stoją w Hali Olivii naprzeciw siebie, uśmiechnięci. Odnajdę to zdjęcie.


I trzecie spotkanie, już na zakończenie zjazdu, kiedy stoimy stłoczeni w Sali, z której ochroniarze mają za chwilę wyprowadzić Lecha. Związkowczyni z Genewy spytała, czy mogłabym zaaranżować wspólne zdjęcie z Lechem. Ochroniarze niby obiecali pomóc, ale widać było, że reglamentują dostęp do szefa I raczej nic z tego nie będzie. Cały pobyt naszych gości obfitował raczej we wpadki, potknięcia I przysłowiową wówczas kiepską organizację, kulminacją porażek było zamknięcie płaszczy przedstawicieli ILO w pokoju, w którym powieszono płaszcz arcybiskupa Gocłowskiego. Posiadacz klucza zniknął na długie godziny, a goście spieszyli się na samolot do Brukseli, a to tylko jeden przykład źródeł naszej ówczesnej frustracji. Kiedy więc pojawiła się prośba o zdjęcie, pomyślałam, że może przynajmniej na zakończenie coś się uda. A tu ochroniarze chronią Lecha jak wściekli. Podniesionym głosem zwróciłam się prosto do Przewodniczącego. Że goście. Że zdjęcie, Ze wychodzi. I zaczęło się, rozproszył ochroniarzy, kazał zrobić miejsce, z każdym z Gości ustawił się osobno, mogłam im spokojnie zrobić zdjęcia ich własnymi aparatami. Na koniec, kiedy zaczęłam dziękować, Lech stwierdził, no, to bez sensu, żebym sobie z dziewczyną zdjęcia nie zrobił. I kazał ochroniarzom zrobić nam zdjęcie, tym razem moją malutką Minoltą. Znajdę to zdjęcie.
Tamtego zjazdu, tamtych spotkań, tego święta demokracji, narodzin wolności, nie byłoby, gdyby nie Lech Wałęsa. Nie był wykształcony jak Gandhi, nie był prawnikiem, jak Nelson Mandela, nie był intelektualistą, jak Vaclav Havel. Był i jest nasz – z naszymi przywarami, z naszymi potknięciami I słabościami, z naszymi manieryzmami, z naszą, polską, megalomanią. Byłby naszym lustrem, gdyby nie to, że pomysł na drogę do wolności nie po trupach, że niezgoda na przemoc, że upór, by rewolucja była bezkrwawa, by nie było wieszania, by kierować się miłosierdziem I chrześcijańskimi wartościami (sic!) – to były jego własne przejawy wielkości. I za tę wielkość, tym większą, skoro z upokorzeń małego wiejskiego zastraszonego chłopaka wyrósł Przywódca, a dzięki Niemu – i dzięki Pani Danucie Wałęsowej, i Jej wielkości, osobnej, osobistej – chciałam podziękować. Obojgu. Pani Danucie I Panu Lechowi Wałęsom – za wolność, za dostatek Polski ostatniego ćwierćwiecza, za pokojową drogę do wolności, za Pokojowego Nobla, dziękuję