Rocznica porozumień sierpniowych

Porozumienie?

Obchody trzydziestej ósmej rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych upłynęły nam pod hasłem “porozumienie”. Więc słowa o przełamywaniu barier, pokonywaniu różnic i dogadywaniu się z byłymi ciemiężycielami ciągle dzwoniły mi w uszach kiedy następnego dnia, 1 września, stałam pod pomnikiem Westerplatte i o 4.45 rozległy się syreny obwieszczające czas, w którym pierwsze strzały rozpoczęły II Wojnę Światową. Stojąc w tłumie i słysząc nie tylko przemówienia, ale i reakcje ludzi wokół, uzmysłowiłam sobie dwie rzeczy: z jednej strony to, jak głębokie podziały wytworzyły się między nami, a z drugiej, że właśnie taka uroczystość jest jedną z szans, żeby minimalizować ich skutki.

O tej godzinie było zupełnie ciemno, więc nie widząc twarzy ludzi wokół mnie tym bardziej docierały do mnie wszelkie sygnały. Na szczęście nie było to chamskie buczenie – pierwsze próby, raz uciszone na samym początku, w trakcie przemówienia Pawła Adamowicza, więcej się nie powtórzyły. Tym bardziej jednak, po oklaskiwaniu różnych przemówień albo w jednym albo w innym miejscu, można było poznać dokładnie, po której stronie sporu kto się zabarykadował. Staliśmy przemieszani – niby tacy sami, niby wszyscy chcieliśmy uczcić pamięć o ofiarach wojny, ale gdyby było widno, gdybyśmy zobaczyli „patriotyczne” koszulki czy też emblematy z napisem „Konstytucja”, czy z równym zapałem wspólnie śpiewalibyśmy Hymn Polski?

Kiedy słuchałam listu Andrzeja Dudy, myślałam tylko o tym jak ważne jest kto, a nie tylko co się mówi, bo treść odczytywanego przemówienia nie była zła. Dobrze to oddają słowa Wojciecha Młynarskiego, że trzeba słowom przywrócić „twarz, bo bez twarzy najlepsze słowo nic nie waży”. Ciągle mi brzmiał ten komentarz w uszach, kiedy dotarło do mnie o czym mówi Mateusz Morawiecki, mianowicie o porozumieniu z opozycją na czas historycznych rocznic. Jeszcze nie zdążyłam w pełni sformułować emocjonalnej reakcji na to (znowu tekstem Młynarskiego o tym, jak to trudny jest dialog z kimś „kto ci sra na łeb”), kiedy doznałam szoku poznawczego słysząc propozycję premiera aby w Święto Niepodległości w listopadzie odbył się wspólny Marsz Niepodległości.

I kiedy tak przeżuwałam to w myślach, jednym uchem docierała do mnie „modlitwa” Sławoja Leszka Głódzia gdzie się nasłuchałam o odpowiedzialności oprawców niemieckich i kolejnych pokoleń za zbrodnie, jakby nie było Listu Biskupów i wzajemnego wybaczenia. Może niesłusznie, ale odczułam te słowa jak chwilę strachu, że oto ludzie gotowi uwierzyć premierowi i rzeczywiście sobie zaczną przebaczać i się godzić. Na szczęście niesmak po słowach katolickiego arcybiskupa został pięknie zrównoważony modlitwami duchownych z innych kościołów chrześcijańskich, którzy pięknie pokazywali jak można mówić o Bogu bez mieszania w to polityki.

Zanim więc zacznę słuchać komentarzy dziennikarzy i polityków, tak że sama zapomnę co wtedy czułam i zmienię zdanie co do tego co o tym myślę, przedstawię Wam następującą propozycję: potraktujmy perspektywę takiego wspólnego marszu nie w kontekście decyzji przywódców opozycyjnych i polityków, ale jako wewnętrzny test dla samego siebie. Tyle mówimy o potrzebie i woli porozumienia, ale czy ze zwykłym obywatelem, jestem w stanie pójść ramię w ramię nie patrząc na (a jeszcze lepiej – nie nakładając) ideologicznych emblematów? Nie próbuję Was przekonać o szczerych intencjach premiera – nie ma też znaczenia czy sama w nie wierzę czy nie – tak jak podczas Sierpnia 80 nie miały znaczenia złe intencje aparatu państwa, bo nie przeszkodziły w dobrych skutkach, jakimi było porozumienie różnych delegacji wielu zakładów pracy, czy współpraca intelektualistów i robotników. Może niezależnie od intencji premiera, my sami zaczniemy przełamywać pierwsze podziały.

Na koniec ostatni obrazek z Westerplatte 1 września 2018: Kiedy wojsko oraz harcerze wyszli, a prowadzący ogłosił zakończenie pierwszej części uroczystości i zapowiedział, że teraz przedstawiciele rządu zaczną składać wieńce pod pomnikiem, ludzie zaczęli masowo wychodzić. Prowadzący na to poprosił wszystkich o pozostanie i dodał, że potem wieńce też złoży Prezydent Gdańska i inne delegacje. Ludzie i tak wychodzili, a ja pomyślałam w pierwszej chwili, że prowadzący błędnie zinterpretował to co się dzieje jako protest, podczas gdy ludzie byli po prostu zmęczeni. Teraz jednak sądzę, że prawda może być jeszcze inna: że to była emocjonalna reakcja na to co politycy w ogóle robią obecnie w naszych sercach – taki nieuświadomiony protest przeciwko temu, żeby nam mącić w głowach i wpuszczać w tryby korzystne dla siebie.

Na koniec obchodów zrobiło się zupełnie jasno i można było zobaczyć, że wśród wychodzących uczestników były rodziny z dziećmi, nastolatkowie, naprawdę bardzo różnorodne towarzystwo. Oni, a raczej my, przyszliśmy, żeby uczcić pamięć poległych, a nie wyrażać poparcie dla stron politycznego sporu, i to chyba jest najbardziej optymistyczne.

Karolina Janczukowicz