O wolności i demokracji słów kilka...

 

Wolność, równość, demokracja, a sprawiedliwość społeczna.

Lilia Obrocka

„Wolność! Równość! Demokracja!” – skandujemy podczas naszych manifestacji. W konstytucji zaś czytamy: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”. Nie o wszystkie z tych wartości z jednakową mocą się upominamy. Nawet nie rozmawiamy o problemie narastających nierówności ekonomicznych ani o zasadach polityki gospodarczej, fiskalnej czy socjalnej, które byłyby sensowną i społecznie akceptowaną odpowiedzią na ten problem. Dlaczego?
          Albo wciąż jeszcze nie dostrzegamy w tym źródeł kryzysu demokracji, albo po złych doświadczeniach gospodarki komunistycznej brak nam odwagi, żeby przyznać, że nie wszystkie ekonomiczno-gospodarcze rozwiązania liberalne powinny być traktowane jak niepodważalny dogmat. Bo naga prawda o rzeczywistości wygląda tak: najbogatsi (bez względu na ustroje i układy władzy) są zawsze bezpieczni w bańce swego ekonomicznego statusu, wzajemnych powiązań i przysług. Najbiedniejsi – klienci lumpeksów i mistrzowie walki o przetrwanie tylko w kościele nie mają poczucia wykluczenia. I wreszcie klasa średnia –
„miłośnicy” sieciówek, w samochodach z drugiej ręki (to ostatnie może tylko u nas) i z kredytem na mieszkanie do końca życia.
         Wyolbrzymiłam, ale tylko troszeczkę. Ów obrazek nie jest tak odległy od rzeczywistości jak by wydawać się mogło. Takie trzy majątkowe przedziały są wyodrębniane w rzetelnych badaniach, ponieważ w najbardziej adekwatny sposób obrazują społeczne nierówności. Thomas Piketty – francuski ekonomista, zaliczany do grona stu najbardziej wpływowych intelektualistów na świecie – w swym dziele „Kapitał w XXI wieku” twierdzi, że od lat 70. XX wieku nierówności w rozwiniętych krajach szybko i drastycznie wzrosły. Poza tym uważa, że zakłócenia obserwowane na rynkach finansowych, naftowych i nieruchomości mogą budzić wątpliwości co do nieuchronnego charakteru tzw. „ścieżki zrównoważonego wzrostu”. Stawia on dramatyczne pytanie, czy świat nadchodzących dziesięcioleci znajdzie się w rękach maklerów, kadr zarządzających i posiadaczy dużych majątków, czy władców krajów naftowych czy też może Bank of China albo rajów podatkowych, gdzie – jego zdaniem – w ten lub inny sposób wylądują wszyscy ci gracze. Zdaniem Piketty’ego ekonomiści zbyt długo nie doceniali problemu podziału bogactw. Dotychczasowe poglądy w tej sprawie opierały się na stosunkowo małej liczbie solidnie potwierdzonych danych i na wielu czysto teoretycznych spekulacjach.


         Pierwszy z rewolucyjnych wniosków, które zaprezentował w swej książce, a wyciągniętych na podstawie danych dotyczących trzech stuleci i ponad dwudziestu krajów, jest taki, że w gospodarce rynkowej opartej na prywatnej własności nie istnieje żaden samoistny, spontaniczny proces hamujący w sposób trwały destabilizujące i sprzyjające nierównościom tendencje. Drugi, równie zaskakujący, brzmi: redukcja nierówności, widoczna w krajach rozwiniętych w latach 50. – 70. drugiej połowy XX wieku (określanych jako „złote trzydziestolecie”), nie jest dobroczynnym skutkiem zaawansowanych stadiów kapitalistycznego rozwoju, lecz polityk publicznych uruchomionych w następstwie wstrząsających doświadczeń rewolucji 1917 r.,  Wielkiego Kryzysu 1929 r. (wraz z krachem giełdowym na Wall Street) i obu wojen światowych. Fakty są takie: gdy kryzys lat 30. nadwyrężył wiarę w prywatny kapitalizm, w Ameryce nastąpiła długookresowa akumulacja majątku publicznego w sektorach przemysłowych i finansowych i rozpoczęły się duże inwestycje publiczne. Pierwsze dekady w doświadczonej rewolucyjnymi i wojennymi doświadczeniami Europie kontynentalnej też nacechowane były silnym interwencjonizmem państwowym. Ten czas gospodarki mieszanej i największego egalitaryzmu postrzegany jest jako pozytywny okres wzrostu. W krajach Europy w końcówce „złotego trzydziestolecia” 10% największych majątków stanowiło od 50% do 60% majątku narodowego. W tym samym czasie najbiedniejsza połowa ludności nie miała prawie nic (poniżej 5%). W Stanach Zjednoczonych najwyższy decyl posiadał 72% majątku, najniższa połowa zaledwie 2%.
          W latach 1979 – 1980 rozpoczęła się anglosaska rewolucja konserwatywna w USA i Wielkiej Brytanii, która była odpowiedzią na fakt doganiania ich krajów przez inne. Zostały ponownie podjęte intensywne działania na rzecz odtworzenia majątków prywatnych. To lata masowej prywatyzacji, liberalizacji gospodarczej, deregulacji rynków finansowych oraz przepływów finansowych.
            Po upadku bloku sowieckiego, proces globalizacji finansowej i deregulacji rynków został jeszcze przyspieszony. Lata 1990 – 2000 to postępująca wyprzedaż majątku publicznego, która dostarczała dodatkowych wpływów kolejnym rządom. I tak na początku XX wieku we wszystkich krajach, gdzie zachowały się dane fiskalne, udział najwyższego decyla w majątku narodowym sięgał 90%. Największa nowość XX wieku to klasa średnia. Ale według Piketty’ego ta dość chwiejna innowacja historyczna wyrwała dla siebie ledwie trochę resztek –  nie więcej niż 1/3 majątku w Europie i 1/4 w Stanach Zjednoczonych. I nie ma żadnej gwarancji, iż owa redukcja nierówności jest nieodwracalna.
          Warto też zauważyć, że z początkiem XXI wieku (mimo kryzysu lat 2007 – 2008) kapitał prywatny przeżywa prosperity nieznaną od roku 1913 i panuje ustrój polityczny bardzo przychylny dla tegoż kapitału. Majątki prywatne w Wielkiej Brytanii stanowią ponad 99%, we Francji około 95%. Autor twierdzi, że możliwy jest dalszy wzrost skrajnych nierówności. Akceptacja tego stanu rzeczy zależy od skuteczności aparatu uzasadniającego, a w ostateczności od siły aparatu represji. A klasyczne uzasadnienia to: bogatsi pracują więcej i  lepiej…; zakazy i utrudnienia dla najbogatszych szkodziłyby najuboższym… itp.
            Z braku odpowiednich danych, w badaniach Piketty’ego brak informacji dotyczących koncentracji polskiego kapitału i polskich nierówności. Jednakże trudno przypuszczać, by w systemie naczyń połączonych zglobalizowanej gospodarki tendencje w naszym kraju przyjęły odmienny od ogólnoświatowego kierunek.
           Współczesny kapitalizm bywa malowany w różnych odcieniach – wszystko zależy od tego, komu i na jaki użytek obraz jest sprzedawany. Naszym wyzwaniem najwyższej wagi powinno być zdobywanie rzetelnej wiedzy o ekonomii i gospodarce w zakresie wystarczającym do zrozumienia, na ile konkretne rozwiązania budżetowe, fiskalne oraz socjalne są ekonomicznie uzasadnione i społecznie sprawiedliwe, a na ile są efektem wyłącznie partykularnych interesów najsilniejszych grup polityczno-biznesowych. Bez takiej wiedzy nie jesteśmy w stanie żądać od polityków konkretnych, jasno zdefiniowanych programów gospodarczych oraz społecznych ani rozliczać z ich realizacji. A bez tego rodzaju programów nie róbmy sobie złudzeń w sprawie demokracji. Jasne, że w globalnej gospodarce tylko niektóre problemy są do rozwiązania na poziomie krajowym; te najpoważniejsze wymagają współpracy, przynajmniej na poziomie UE. To jednak niczego w moim postulacie nie zmienia, co najwyżej wskazuje na kolejne „białe plamy” do obrobienia w naszej świadomości.