Zdarzyło się w Gdańsku - 31.08.2017

 

Marsze sierpniowe

      Podczas gdańskich uroczystości w rocznicę Sierpnia '80 obejrzałem, gdzieś na wysokości „zieleniaka”, przemarsz z kościoła św. Brygidy pod bramę stoczni oficjalnej związkowo-państwowej manifestacji. Zadęcie, sztampa, patetyczna nuda tak dobrze znana już od dzieciństwa ze wszelkiego rodzaju uroczystych akademii ku czci. Choć jednocześnie pokaz – przynajmniej intencjonalny – determinacji, dyscypliny i siły. Długi, naprawdę długi potok ludzi. Dziesiątki uroczystych pocztów sztandarowych, transparenty, emblematy, związkowe koszulki przemieszane z modną konfekcją upstrzoną patriotyczną symboliką. Symbole i emblematy religijne, formalnie chrześcijańskie, jednak użyte w jakimś swoistym, plemiennym kontekście. Ludzie, zwiezieni z całego kraju i wyraźnie zmęczeni, wykrzykują hasła w dziwnym mechanicznym rytmie, w którym potrafię się dosłuchać zdyscyplinowania, może jakiejś złości, ale zupełnie nie zauważam entuzjazmu i spontaniczności, że o radości nie wspomnę: „Cześć i chwała bohaterom”, „Nie ma wolności bez solidarności”. I tak w kółko.
      Nieco inaczej jest w centralnym punkcie pochodu, gdzie promienieje w błogich uśmiechach biskup -generał-emeryt Sławoj Leszek „Flaszka” Głódź. Wygląda na trzeźwego, co najwyżej upojonego pierwszoplanową rolą, którą przyszło mu pełnić w tak pięknym i ludnym zgromadzeniu. Kroczy godnie a lekko zarazem, pławiąc się blaskiem otaczającej go, nadskakującej mu wręcz gromadki polityków ubranych w nieśmiertelne błękitne, stonowane garniturki i wystudiowane na sesjach wizerunkowych uśmiechy. W ogólnej atmosferze hajlajfu, bontonu i narcystycznego samozachwytu pokorny uczeń Jezusa i głosiciel jego dobrej nowiny nie zauważa (a może nie chce zauważyć), że kilkadziesiąt metrów dalej wyróżniająca się wiekiem, hałaśliwym zachowaniem i autentycznym entuzjazmem grupa młodzieńców z ONR-u nawołuje po swojemu do aktów przemocy: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści” i „Raz sierpem raz młotem czerwoną hołotę”. A jakżeby inaczej! Nad nimi zaś wielki transparent z podobizną Chrystusa Króla. Zestawienie to najwyraźniej nie obraża uczuć religijnych biskupa-generała. Zresztą bądźmy sprawiedliwi – może on naprawdę tego nie zauważa, zaczadzony podniosłą rolą i świąteczną atmosferą. Na pewno muszą to zauważać obwieszeni religijnymi emblematami demonstranci, ale nikt nie reaguje. Grupka ONR-u jest hałaśliwa, ale nieliczna – w skali całego zgromadzenia to zaledwie garstka.
       I znowu kolejne szeregi demonstrantów z kolejnych miast i regionów. Znów: „Cześć i chwała bohaterom” na przemian z „Nie ma wolności bez solidarności”. Ten sam styl okrzyków –  mechaniczny, zacięty, pozbawiony entuzjazmu.
- Jak na manifestację z powodu radosnego święta - myślę - za dużo tu zmęczonej agresji, otępiałej determinacji, braku spontaniczności. Jest to zmęczony pochód zagubionych, zautomatyzowanych wojowników.
      „Nie ma wolności bez solidarności”, „Nie ma wolności bez solidarności”. O jaką solidarność tym ludziom chodzi? Solidarność z kim? Raczej nie z komunistami, bo tych ONR-owcy będą wszak przy milczącej aprobacie zgromadzonych wieszać. Z czerwoną hołotą też raczej nie. To oczywiste. Może więc mają na myśli solidarność z biskupem-generałem Głodziem, hodowcą danieli, sybarytą i smakoszem? Gdy tak patrzę na zmęczone, poszarzałe, pospolite postacie mijające mnie w pochodzie i zastanawiam się, na czym właściwie podobna solidarność miałaby polegać, dostrzegam przechodzącego obok znajomego fotografa, kolegę z dawnych korporacyjno-medialnych czasów.


-Szukasz inspiracji? - pytam, wskazując głową przechodzących demonstrantów. Nie szuka, idzie dalej na alternatywną imprezę rocznicową, na którą zresztą i ja się wybieram.
-Ale przecież robią wrażenie - zauważam.
-Tak - uśmiecha się - Inny świat, co nie?
      On spieszy dalej, ja jeszcze postanawiam dotrwać do końca przemarszu. Też doświadczam poczucia głębokiej obcości. Nie potrafię zrozumieć, co tych tutaj ludzi napędza. Co kryje się za wykrzykiwanymi hasłami i za całą tą osobliwą religijno-polityczną symboliką? Jaki obraz świata? Jakie emocje, marzenia i sny? Kompletna porażka poznawcza. I nie jest to doświadczenie przyjemne. Więc stoję i patrzę w nadziei na jakieś olśnienie, ale nic się nie zmienia. „Nie ma wolności bez solidarności”. Solidarność jako maczuga na wrogów. Chrześcijaństwo jako kult plemiennych, zarazem opiekuńczych i wojowniczych bożków. To wszystko już było. Zgrane. Przetrawione. Nieprzemyślane. Powtarzane do zanudzenia. Da capo al fine. Zmęczenie, zniechęcenie, nuda.
        Aż wreszcie jest! Jest coś nowego, świeżego; coś, na co być może cały czas czekałem! Gdzieś pod koniec marszowej kolumny, nad głowami manifestantów widnieje siermiężna, odręcznie sporządzona tablica z pozornie banalnym, w kontekście całej imprezy, hasłem: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie, J 2,5”. Pod spodem zaś mniejszymi literami: „Jezus = Król Polski”.
- A niech mnie - pomyślałem - To wreszcie prawdziwa rewolucja. Wszak w egzegezie biblijnej najistotniejszy jest kontekst określający trop interpretacyjny. Zaś przytoczony cytat – wyjaśnienie jak mniemam zasadne w katolickim kraju, w którym nie czytuje się Ewangelii – jest fragmentem opowieści o cudzie w Kanie Galilejskiej. Cudzie – przypomnijmy – polegającym na przemianie wody w wino. Czyżby szykował się nam nowatorski program polityczno-religijny Polskiego Królestwa Chrystusa: Darmowe Wino Dla Wszystkich? Jeżeli o mnie chodzi, to jestem za. I tylko ten niepokój, że jednak wino to napój obcy nam kulturowo, importowany ze zgniłego Południa i Zachodu, dybiących wszak na naszą narodową tożsamość, skażonych wszelkimi moralnymi plagami, a także z roznoszącymi zarazki i bomby wyznawcami Proroka. I my przecież słusznie się przed owymi plagami chronimy, uciekając w tożsamościowy somnabulizm.
       Więc jedno z dwojga: albo uczeni od ojca doktora Rydzyka w nowym przekładzie biblijnym skorygują stare błędy i zastąpią we wspomnianej opowieści obce nam wino swojską i patriotyczną wódką, albo historycy z IPN w ramach szeroko zakrojonego programu badawczego ustalą ponad wszelką wątpliwość, że winorośl i winiarstwo to tradycyjne elementy rdzennie polskiej kultury, eksportowane wraz z widelcami przed wiekami do Francji, które na skutek spisku określonych kół popadły w wielowiekowy upadek i zapomnienie. Teraz zaś nadszedł czas, aby w ramach odkłamywania historii, przywracania godności i wstawania z kolan dokonać ich kulturowej rewindykacji. Wolałbym oczywiście tę drugą wersję.

Krzysztof Dudziak

Zdjęcia: Ela Wieczorek i Leszek Biernacki