Sztafeta pokoleń - rok 2017, Gdańsk

Sztafeta pokoleń

 

    Gdańsk, 31 sierpnia, późne popołudnie. Już w czasie podróży wszystkie serwisy radiowe mówiły o utrudnieniach na ulicach. Na miejscu, na wysokości ECS-u, biła w oczy biel kamizelek z napisem Solidarność. Wyglądało to, jakby wdzianko związkowców przed chwilą opuściło szwalnię. Nawet ich kaskom brakowało jedynie metek.

    Szyby w samochodzie były zamknięte, a mimo to słychać było od ich strony pomruk niechęci i czuło się dziwną wrogość. Widać było też ponure twarze z oczami, w których czaiła się podejrzliwość i nieufność. To wszystko dotarło do nas w ciągu kilku sekund.

    Po paru minutach dotarliśmy pod salę BHP Stoczni Gdańskiej. Tu był inny świat – wszystko spontaniczne, chociaż zorganizowane; miszmasz pomysłów wielu osób i organizacji. I ludzie –  widać było ich radość, szczerość, szacunek i czuło się wspólnotę. Wszędzie spotykałem też znajomych i nawet ci,  których widziałem tylko raz, serdecznie się z nami witali. Córka była zachwycona – biegała od namiotu do namiotu, bo chciała być wszędzie. Choćby dla takich chwil warto było tu przyjechać.

    W panelach niestety nie uczestniczyliśmy, bo przyjechaliśmy za późno. Niespodziewanie okazało się też, że znajomi czekają na nas przy „zieleniaku”. Ruszyliśmy zatem w stronę bramy stoczni. Gdy z niejakim wahaniem ją przeszliśmy (u wejścia kłębiły się białe kamizelki),  wkroczyliśmy już dosłownie w inny świat – świat ludzi zaciętych w swojej niechęci, śledzących nas złowrogim spojrzeniem, chociaż nie mieliśmy nic, co mogłoby nas identyfikować z czymkolwiek.

      Charakterystyczny był tłum policji, która była prawie wszędzie, a jej kolejne oddziały maszerowały od centrum miasta. Kiedy odeszliśmy dalej (na tyle, by ogarnąć wzrokiem cały Plac Solidarności), ogarnęło nas znowu zdumienie. Dookoła placu ustawieni byli szczelnie ludzie w białych kamizelkach i kaskach, ale wewnątrz plac był praktycznie pusty, nie licząc iluś tam dioram. Wyglądało to tak, jakby komuś zależało jedynie na tym by na to miejsce nie wszedł nikt bez kamizelki. Był to wyraźny sygnał: „Tylko dla swoich”.

    Dochodziła 19. i trzeba było wracać na wiec. Na Placu Solidarności  jeszcze większe poczucie otaczającej nas wrogości. Czuliśmy, że nikt nas tutaj nie chce, ale najgorsze jednak okazało się ponowne przekroczenie bramy stoczni, gdyż wejście blokowała grupa osiłków w nowiutkich kamizelkach. Na słowo; „Przepraszam” usłyszeliśmy szydercze: „Przejścia nie ma!”. Zaś na pytanie „Jak możemy dojść do sali BHP?” otrzymaliśmy drwiącą odpowiedź: „Przez budowę” oraz „To wasz problem”. Takich jak my było więcej, wśród nich również dziennikarze.

    Poczułem się jak w czasie wojny, kiedy to okupant mówił, którą stroną ulicy ma się chodzić, kiedy i jak się kłaniać „nadludziom” i w której części tramwaju wolno jeździć. To było przerażające – na własnej skórze poczułem to, o czym się do tej pory tylko czytało. To kolejne doświadczenie, które dowodzi, jak ważne jest wyciąganie wniosków z historii.

     Córka zachowała się tak samo, jak ja w jej wieku, czyli 30 lat temu. Krzyknęła: „Tato,  naprzód! Jak dostać w pysk to za słuszną sprawę”. Aż mnie ścisnęło w gardle, a oczy się zaszkliły – to się nazywa sztafeta pokoleń! Na szczęście zanim dostaliśmy w pysk, wkroczyła policja i udrożniła przejście przez bramę.

      Wtedy miała miejsce kolejna symboliczna, ale bardzo ważna dla nas scena. Zanim dotarliśmy do placu, zobaczyliśmy transparent „Tu przekraczasz granicę przyzwoitości”. To nie było tylko hasło, ale realna granica. Za plecami mieliśmy morze nienawiści, jadu, szyderstwa i wrogości. Cieszyliśmy się, że opuściliśmy to miejsce.

      Potem już tylko więc, a na nim ocean przychylnych i życzliwych ludzi. Opowieści o historii,  ale i dzisiejszych zagrożeniach, potrzebie bycia przyzwoitym i potrzebie jedności. Moja córka była zafascynowana, ale potem zła, bo musieliśmy wracać do domu. Dwie godziny drogi powrotnej to rozmowa o tym, co było, co może być i jak być powinno. Wiem już, że mogę to mówić, bo córka naprawdę chce słuchać. Nie tylko wiedzieć, ale i rozumieć.

Marek Chroń

 

 Fotografia: Marek Ryćko