Przyszłość konstytucji

Przyszłość konstytucji…

Determinacja i naiwność.

Tomasz Bemben

„Dobra zmiana” za jeden ze swoich celów obrała rozprawienie się z konstytucją. Od momentu przejęcia władzy przedstawiciele koalicji rządzącej głosili konieczność zmian konstytucyjnych, a właściwie napisania całej ustawy zasadniczej od początku, zaś od kiedy retorykę tę przejął pełniący obowiązki prezydenta, dyskusja przybrała kształt oficjalny. Ostatnio na przykład dowiedzieliśmy się, że   zmiany są koniecznością, bowiem konstytucja w dzisiejszej formie jest przecież „przejściowa”.

Rządzący świetnie zdają sobie sprawę, że w powszechnej hierarchii spraw temat ustawy zasadniczej nie zajmuje czołowego miejsca. Mając tę świadomość, władza stara się poprzez metodę faktów dokonanych zmienić ustrój naszego państwa. Podstawy teoretyczne posiada, gdyż świetnie pamięta, że od 2010 roku projekt konstytucji autorstwa PiS leży głęboko w szufladach i w razie potrzeb można do niego sięgać. Dlaczego głęboko? Ano dlatego, że ujawnienie tego dokumentu ukazałoby prawdziwe oblicze obozu władzy, gdyż rozwiązania zawarte w projekcie są wyjątkowo wsteczne i niebezpieczne – wystarczy, że wspomnę tu tylko o prezydencie mogącym zmieniać treść ustaw, możliwości rozwiązania przez niego sejmu i nie wyznaczenia terminu kolejnych wyborów. Nie dziwią zatem zakusy władzy na naszą konstytucję. Mogą oburzać, mogą niepokoić i denerwować, ale na pewno nie dziwią.

W tej sytuacji dziwi mnie jednak naiwność części (na szczęście części) środowisk opozycyjnych, które, korzystając z narracji pisowskiej, zgłaszają własne uwagi, a nawet konkretne propozycje zmian konstytucyjnych. Wszyscy doskonale wiemy, że nasza ustawa zasadnicza jest kompromisem, i większość z nas jest przekonana, że taki właśnie charakter naszej ustawy jest jednym z najważniejszych jej walorów. Znamy też pokutujące gdzieniegdzie przekonanie jakoby zgniłe kompromisy niszczyły państwo i trzeba je eliminować. To nie tak! Z pewnością każdy z nas zapytany o swój model konstytucji zgłosi jakąś uwagę, będzie miał zastrzeżenia, a nawet konkretne propozycje zmian i uzupełnień – począwszy od aborcji, poprzez niedostateczną reprezentatywność obywateli w strukturach władzy aż po nie do końca jasną pozycję prezydenta i niedookreśloną  władzę premiera i rządu. I każdy będzie miał poniekąd trochę racji! Czy to jest wystarczający powód do zmian? Moim zdaniem nie. Dlaczego? Powód jest prosty i zarazem zasadniczy. Przy takiej jak dzisiaj koncentracji władzy w rękach ludzi kompletnie nieodpowiedzialnych, „wchodzenie w ich buty” sankcjonuje bałagan, który stworzyli. Co gorsza, podejmowanie jakiejkolwiek dyskusji na temat zmian po pierwsze narzuca barbarzyński sposób ich procedowania, a po drugie (co wydaje się jeszcze bardziej niebezpieczne) stanowi glejt dla wszelkich dotychczasowych poczynań tej władzy, które przecież są antypaństwowe i antydemokratyczne.

Uznaliśmy dosyć zgodnie, że na skutek pierwszych decyzji prezydenta powziętych po jesiennych wyborach parlamentarnych w 2015 roku, Polska zaczęła funkcjonować na zasadach niekonstytucyjnych. Nie można być naiwnym w państwie, w którym władza otwarcie mówi, że wszystko jej wolno! W samochodzie, który z nagła przestał jechać, najpierw sprawdzamy stan paliwa w baku, a nie wymieniamy silnik. Sprowadźmy więc najpierw Polskę na normalną, cywilizowaną drogę, a potem dyskutujmy o konstytucji. W aktualnej sytuacji politycznej nadzieja na konstytucję idealną zawsze pozostanie w sferze marzeń, tym bardziej gdy w praktyce chcą ją pisać ludzie, którzy gardzą demokracją z zasady. Dla nich każde rozwiązanie demokratyczne będzie złe…