Wspomnienia o Lechu

skrzynka zdjecia sPiotr Kapczyński

Pierwszy raz Lecha Wałęsę spotkałem w 1978 roku przypadkowo w pociągu z Warszawy do Gdańska, gdy wracał z Joanną i Andrzejem Gwiazdą oraz Alinką Pieńkowską z pierwszego spotkania WZZ-tów z KOR-em ( Wolne Związki Zawodowe, Komitet Obrony Robotników).

Z Gwiazdami i Alinką znałem się z działalności opozycyjnej. W pociągu było sporo czasu. Wałęsa łatwo nawiązał rozmowę m.in. na temat czy rządzący Polską, np. Gierek mogą kierować się pozytywnymi, w ich przeświadczeniu, intencjami. Uderzyła mnie jego dociekliwość i to że w rozmowie nie tyle chciał mnie do czegoś przekonać, ale bardziej dowiedzieć się.


Następne spotkanie, które dość dobrze pamiętam, miało miejsce w jego mieszkaniu na Stogach. Przywiozłem mu wówczas Robotnika do kolportażu. Akurat był to jego pierwszy dzień pracy, chyba w Elektromontażu. Opowiadał nie kryjąc zadowolenia, że od razu w swoim warsztacie zrobił coś w rodzaju stolika z bibułą. Wszystkim, którzy do niego, jako zakładowego elektryka, przychodzili proponował bibułę i informował o WZZ-tach. Pamiętam, że byłem zachwycony jego entuzjazmem.


Trzecie moje spotkanie z Wałęsą, najważniejsze, miało miejsce w czasie strajku sierpniowego.
W sobotę 16 sierpnia poszedłem do stoczni z Helgą Hirsch i dwójką jakiś Amerykanów. We wszystkich relacjach ze strajku powtarza się stwierdzenie o wspaniałej atmosferze, przez co może być ono odbierane trochę jak zwyczajowa formułka. Wiele razy zastanawiałem się, dlaczego zetknięcie się atmosfera panująca w stoczni zrobiło również na mnie tak silne wrażenie.

Gdy patrzymy z dzisiejszej perspektywy na lata 70-te, to widzimy dość szybko zmieniającą się sytuację, która zmierzała do załamania się PRL-u. Żyjąc jednak w tamtym systemie, mało kto miał jasność, ile to będzie jeszcze trwać, równie dobrze dziesięć, jak i sto lat. Pamiętam, że tamtym czasie spytałem Heńka Wujca, jak sobie wyobraża Polskę po upadku komunizmu. Chwilę się zmagał, aby coś odpowiedzieć, wymyśleć… w końcu stwierdził, że "może mnie uspokoić - za naszego życia nam to nie grozi". Opozycja przedsierpniowa, pomimo dużej niechęci społeczeństwa do władzy, nie była ruchem masowym. Wynikało to, moim zdaniem, nie tylko z obawy przed represjami, ale także z nieufności większości społeczeństwa do opozycji demokratycznej. Dlatego, ilekroć w stoczni usłyszałem ileś tysięcy robotników skandujących „Leszek Leszek”, czułem ciarki przechodzące mi po plecach. Nie wykluczam, że wielu skandujących nie słyszało wcześniej o opozycji demokratycznej czy WZZ-tach. Ich drogę do wolnej Polski wyznaczał wówczas Lech Wałęsa.

Z sobotnich negocjacji w sali BHP pamiętam Wałęsę i siedzącego tuż za nim Bogdana Borusewicza, dyrektora Gniecha po drugiej stronie stołu i siedzących dokoła kilkudziesięciu delegatów. Dyrekcja i większość delegatów wyraźnie parli, aby zakończyć w sobotę strajk i aby strajkujący mogli się rozejść się do domów. Wszyscy czekali na decyzję Wałęsy, który przeciągał negocjacje, m in. pod wpływem Bogdana Borusewicza. W końcu jednak podpisał to słynne pierwsze porozumienie z dyrekcją stoczni i ogłosił przez megafony co stoczniowcy uzyskali w wyniku tego porozumienia. Większość strajkujących ruszyła w kierunku bram wyjściowych. W sali BHP było dość duże zamieszanie, zrobił się tłok. Nie pamiętam jak to długo trwało, może kilkanaście minut, po których zobaczyłem wracającego do sali BHP Lecha Wałęsę mówiącego, że nie ma końca strajku. Utkwiło mi wyraźnie w pamięci, że słowa o kontynuacji strajku wpierw usłyszałem wypowiedziane przez Wałęsę. Sytuacja była trudna, nagłośnienie było wyłączone, trzeba było zatrzymywać wychodzących ze stoczni.

W późniejszych latach z wieloma posunięciami Lecha Wałęsy się nie zgadzałem jednak zawsze uważałem, że trudno przecenić jego zasługi w odzyskaniu przez Polskę wolności. Gdy odwoziłem syna do przedszkola, to przejeżdżając na Polankach koło domu Wałęsy mówiliśmy „dzień dobry Panie Prezydencie”.