Subiektywnie o marynarce Lecha W.

marynarka vintage sTomasz Bemben
Sierpień 1980 – gorące lato, nie tylko w polityce. Z nieba leje się żar, słońce piecze niemiłosiernie… Zamieszanie na ulicach, ciche rozmowy pomiędzy sąsiadami, uśmiechy na twarzach, zaciśnięte pięści, wszechobecne ulotki na ulicach, z którymi smutni panowie w niebieskich mundurach i z dłuuugimi, białymi pałkami w żaden sposób nie mogą sobie poradzić. Wędrówki do Stoczni, początkowo raz, potem drugi, potem już codziennie…

Wysłuchiwane rozmowy z radiowęzła – tego wyważonego, spokojnego, który z zimną logiką punktuje wszystkie kłamstwa komuny i tego drugiego, trochę chaotycznego, kaleczącego język, ale nieustępliwego i mówiącego wprost to, co myśli… To, co myśli ? Dziwne, to była nowość – wtedy raczej nauczeni byliśmy mówić to, co ktoś chce usłyszeć, myśli zostawialiśmy dla siebie. Wyczekiwanie pod bramą na nowe wieści z centrum wszechświata, jakim była Sala BHP. Wreszcie otwiera się brama, po ramionach stojących obok, w górę wspina się facet w przykrótkiej marynarce, ze śmiesznym długim wąsem. Mówi niby po polsku ale takimi, dziwnymi, nowymi słowami: „Mamy niezależne, samorządne związki zawodowe…”. Zaskoczenie, niepewność, radość, zdziwienie – co to znaczy, co się zmieni, dlaczego oni wszyscy się uśmiechają i podnoszą prawą dłoń z rozwartymi drugim i trzecim palcem ?

Wrzesień 1981 – znowu ciepło, tłok przed klubem Ster we Wrzeszczu, obrady Komisji Krajowej. Stoję przy wejściu, nawet nie wiem, jakim cudem tam się znalazłem. W pewnym momencie tłum zaczął się poruszać nerwowo, wszyscy krzyczą „Lechu”, „Lechu” – do drzwi przeciska się on, trochę nieśmiało, ciągle z tym śmiesznym wąsem, z pod którego lekko się uśmiecha, ma na sobie, na szczęście, nieco większą marynarkę. Zostałem na zewnątrz z plikiem ulotek w ręku, zacząłem je rozdawać, poczułem się taki ważny, należałem przez chwilę do tych więcej wiedzących – rozdawałem informacje przechodniom. Las wyciągniętych rąk, kartki papieru gorączkowo chowane po kieszeniach…


Listopad 1989 – Kongres USA. Wąską ścieżką schodów wśród tłumu stojących i klaszczących senatorów schodzi on. Marynarka tym razem bez zarzutu, rozdaje uśmiech na prawo i lewo. Ktoś, nieprzypadkowy bohater, wyczekiwany gość, budzący zainteresowanie przybysz, w sumie z obcej planety, a jednak jakiś taki podobny do nas, mówiący o sprawach, które rozumiemy i są nam bliskie. Potem podejście do mównicy, plik kartek, trochę niesfornych i szeleszczących przy mikrofonie zanadto… Potem cisza i słowa „My, Naród…” i jeden wielki okrzyk senatorów, gości, Prezydenta USA. Szalony aplauz i te oklaski, niemilknące przez tak wiele chwil… I ten magiczny moment kiedy człowiek przemienia się z petenta w partnera, pełnoprawnego członka rodziny demokratycznych Państw – przepraszam, ale pomimo starań nie umiem o tym pisać bez patosu… W każdym bądź razie nie zapomnę tego do końca życia.


Czerwiec 1994 – Gdańsk. Jadę środkowym pasem Alei Grunwaldzkiej w kierunku Sopotu. Gdzieś w okolicach dzisiejszej Galerii Bałtyckiej widzę w tylnym lusterku jak zbliża się do mnie duży, czarny samochód z niebieskim światłem na dachu. Pomimo sygnału jedzie dość powoli, powiedziałbym statecznie i turystycznie. Gdy mija mnie z lewej strony widzę na tylnym siedzeniu, w nienagannie skrojonej marynarce, jego, z nosem na bocznej szybie. Pozdrawiam go gestem, uśmiecha się lekko i ręką wykonuje gest „no dobra, dobra”…


Mamy w swojej historii wielu bohaterów, najczęściej ginęli oni tragicznie z pieśnią na ustach, nie mając szans na realizację swoich wizji, planów albo zostawiając je nie dokończone, w pół drogi, osamotnione i ostatecznie często zapomniane. Nie ma też bohaterów nieskazitelnych, kto w takich wierzy ociera się o mistycyzm lub magię, co kto woli… Nielicznej tylko grupie historia daje szansę zapisania się grubszymi literami. Niektórzy z niej korzystają, inni nie. Są też tacy, którzy historii chcą pomóc, wpraszając się do niej na siłę, wchodzą tylnymi drzwiami, łudząc się, że da się historię oszukać. On takiego zaproszenia nie potrzebował, zapukał i drzwi mu otworzono 14 sierpnia 1980 roku. Tego nic i nikt nie zmieni. I za to mu dziękuję.