Mentalność demokratyczna czyli czy demokracja wymaga edukacji.

Mentalność demokratyczna.
Karolina Janczukowicz

Kiedy zastanawiamy się nad tym jak szeroko lub jak wąsko należy rozumieć cele KODu, pojawiają się sygnały, że nie należy jego misji rozmywać na dziedziny nie związane bezpośrednio z obroną systemu demokratycznego. W świetle takich sygnałów może pojawić się również pytanie – co ma wspólnego edukacja z demokracją. Teoretycznie może niewiele, ale wielu z nas instynktownie widzi jak ważny jest element edukacyjny dla osiągnięcia demokratyzacji państwa. Warto by więc było, spojrzeć na te dwie kwestie chłodnym okiem i zastanowić się, czy rzeczywiście edukacja jest aż tak niezbędna dla obrony demokracji.

Często zadajemy sobie pytanie: dlaczego my? Dlaczego nas to musiało spotkać, a w innych krajach demokratycznych wszystko jakoś zawsze wraca do normy. Odpowiedź, że demokracje w krajach takich jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone jest dużo bardziej stabilna, bo trwa od dawna, nie wyjaśnia całej sprawy. Można by powiedzieć: „No to co?” Czy system nie jest oparty na tych samych zasadach?” Dlaczego u nich nikomu nie przyszło do głowy ignorować konstytucji, publicznie kłamać, sobie samemu zaprzeczać? Prawdopodobnie odpowiedź nie leży w sferze samego systemu związanego z trójpodziałem władzy i jego samoregulującymi zasadami, bo te zasady istnieją też w polskim systemie i jakoś nie zadziałały. W ogromnej mierze tamte demokracje zawdzięczają tę swoją stabilność mentalności obywateli. Ważnym elementem tej mentalności jest na pewno postrzeganie siebie jako integralnej części społeczeństwa; stąd tak ważne dla KODu są działania określane jako tworzenie „społeczeństwa obywatelskiego”. Jednak szkoda, że mniej się mówi o takim aspekcie mentalności, który powoduje, że bez uświadamiania sobie – dlaczego -  społeczeństwo reaguje w taki sposób, aby wykorzystując swoje demokratyczne prawa, eliminować wśród polityków zakusy autorytarne.

W społeczeństwach gdzie duży odsetek obywateli ma wbudowaną taką mentalność, politycy pewnych działań nie mogą podjąć, bo to zakończy ich polityczny byt. Tam gdzie tej mentalności społeczeństwo jest w dużym stopniu pozbawione, politycy uczą się, że publiczne kłamstwa, wykorzystywanie prawa do swoich prywatnych celów i inne nieetyczne praktyki są politycznie nagradzane, więc szybko wyciągną lekcję, że właśnie takich praktyk należy się trzymać. Dużo mówi się o tym, że przykład idzie z góry i to elity powinny uczyć masy odpowiednich postaw. Nie neguję tego, ale demokracja tym się rządzi, że w dużym stopniu to oddolne zapotrzebowanie decyduje o zachowaniach elit. W przypadku polityki, takie oddolne zapotrzebowanie na praktyki demokratyczne można by określić jako „mentalność demokratyczną”.

Mentalność demokratyczna nie musi oznaczać głębokiego rozumienia skomplikowanych zasad funkcjonowania państwa. Jest to po prostu pewność, że pewnych rzeczy się nie robi. Jedną z takich rzeczy jest na przykład publiczne kłamstwo. Weźmy aferę sprzed dwudziestu lat kiedy to Bill Clinton, ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych, o mało nie musiał ustąpić ze stanowiska bo udowodniono mu, że miał intymne kontakty ze stażystką Moniką Levinsky. Dzisiaj ktoś mógłby się zastanawiać o co ta cała afera; w końcu słynny JFK, czyli prezydent John Fitzgerald Kennedy miał romans z Merilyn Monroe, i nikt się go nie czepiał. Szczegóły jednych i drugich kontaktów mogły przyćmić sedno sprawy – nie chodziło o to, że Clinton je miał, ale że publicznie skłamał w tej sprawie. Podobnie teraz w Wielkiej Brytanii opinia publiczna była tak wzburzona nie dlatego, że David Cameron ukrył w raju podatkowym pieniądze, ale o to, że publicznie kłamał na ten temat. To wewnętrzne przekonanie każdego obywatela, że polityk ma mówić prawdę, a jak się udowodni, że kłamał, to jest to jego polityczny koniec jest niezwykle ważnym elementem samoregulującym; wywołuje efekt taki, że niekoniecznie uczciwość ale też zdrowy rozsądek i instynkt samozachowawczy zmusza polityków do mówienia prawdy i odpowiedzialności za swoje słowa.

Innym przykładem ważnej zasady funkcjonującej w mentalności demokratycznej, jest to, że ten kto ma władzę jest zobowiązany ściśle przestrzegać prawa, zwłaszcza wobec tych, którzy jej nie mają lub mają mniej. Najlepszym przykładem tej zasady może być z kolei afera Watergate sprzed czterdziestu lat, kiedy to prezydent USA, Richard Nixon ustąpił ze stanowiska, bo wykryto, że wykorzystywał funkcję prezydenta aby nielegalnie pozyskiwać materiały do oczerniania politycznych przeciwników. Polski przykład sprzed dekady, mianowicie, wykrycie prowokacji względem Andrzeja Leppera w aferze gruntowej, której de facto nie było, czyli niejako – kreowanie afery aby wykończyć politycznego niechcianego współpracownika, jawił mi się te dziesięć lat temu jako pierwszy symptom budzenia się mentalności demokratycznej. Było tak, ponieważ wypłynięcie tej prowokacji pogrążyło rząd koalicji PiS, LPR i Samoobrony. Dziś, kiedy Mariusz Kamiński, główny odpowiedzialny za tamtą aferę z powrotem objął stanowisko, które wtedy nadużył, wydaje się, że była to jedynie zbłąkana jaskółka, która nie uczyniła wiosny.

Kolejny aspekt mentalności demokratycznej jaki chciałam przytoczyć to świadomość odpowiedzialności za własny głos wyborczy. Z wielu różnych stron słyszy się komentarze, że podczas zeszłorocznych wyborów społeczeństwo było znudzone, chciało coś zmienić lub dać szansę innej ekipie i dlatego właśnie głosowało na partię PiS lub Kukiz15. Tylko część tych osób była zbyt młoda aby pamiętać co jedna z tych partii robiła kiedy dano jej szansę rządzić. Większość z nich przymykała oko, lub spuszczała zasłonę zapomnienia na dwa lata pełne rzeczy, które dla obywateli o mentalności demokratycznej byłyby niedopuszczalne. Mogło się tak stać, tylko w sytuacji kiedy te osoby nie miałyby poczucia, że ich głos naprawdę decyduje o tym co się stanie z całym krajem. Podobnie jak większość tych, którzy nie poszli na wybory nie wierzyli, że ich głos coś znaczy, ale pomimo to zagłosowali „tak, żeby sprawdzić co się stanie”. Dla kontrastu, przychodzi mi do głowy przypadek Margaret Thacher – najmniej lubianej i najdłużej utrzymującej demokratyczną władzę premier Wielkiej Brytanii. Często zastanawiałam się co skłaniało Brytyjczyków do tak konsekwentnego wybierania tak nielubianej kobiety. Moją hipotezą jest to, że Brytyjczycy tym wyborem pokazywali poczucie odpowiedzialności za kraj, na zasadzie, że może ona (ta premier) mi się nie podobać, jej decyzje nie muszą być korzystne dla mnie osobiście, ale w skali kraju, najlepiej będzie, jeśli to ona będzie u władzy.

Jednak żadna z wyżej wymienionych cech nie mogłaby istnieć bez jednej cechy nadrzędnej, mianowicie, bez pamięci. Nie mówię tutaj o pamięci narodowej, ale zwyczajnej pamięci obywatelskiej o tym co jaki polityk zrobił na przestrzeni swojej kariery. Często zastanawiamy się jak to jest możliwe, że ludzie tak krótko pamiętają; że zaledwie dziesięć lat po upadku komunizmu wybierają obóz postkomunistyczny a dziesięć lat po dramatycznym odsunięciu PiSu od władzy z powrotem ich wybierają. Ta zbiorowa amnezja jest prawdopodobnie najważniejszym symptomem braku mentalności demokratycznej. Dlatego najważniejszym, bo inne cechy, czyli egzekwowanie prawdomówności, praworządności czy poczucie odpowiedzialności za swoje wybory nie są w stanie funkcjonować bez pamięci. Nie możemy narzucić konsekwentnego mówienia prawdy, jeśli dwa miesiące po tym jak ktoś coś publicznie oświadczył, zapominamy, że to w ogóle miało miejsce.

Ktoś mógłby w tym momencie powiedzieć, że zna Brytyjczyków i Amerykanów, i wśród nich wcale nie ma tak dużo świadomych i wykształconych obywateli. To prawda, że nie ma ich więcej niż wśród Polaków, ale mentalność demokratyczna nie jest częścią wykształcenia albo intelektu. Jest to suma nieuświadomionych założeń co do świata, która powoduje, że pewne prawidła wydają się tak oczywiste jak to, że kiedy odkręcisz kurek zaznaczony na czerwono, to poleci ciepła woda. W krajach anglosaskich wojny i rewolucje nie burzyły istniejącego systemu tak często jak w Polsce, są to więc dużo stabilniejsze kraje. Nawet jeśli wzrasta odsetek obywateli, u których taka mentalność demokratyczna jest w zaniku, w tych krajach demokracja prawdopodobnie się obroni. Jednak w Polsce nie mamy tego luksusu stabilności. Tu jesteśmy skazani na edukację w trybie przyśpieszonym, tak aby tę mentalność wykształcić w sposób w pełni świadomy, poprzez zabiegi edukacyjne. Dlatego właśnie, kiedy zastanawiamy się, czy obrona demokracji jest czy nie jest spleciona z celami edukacyjnymi, trzeba sobie jednoznacznie odpowiedzieć – może nie wszędzie, ale tu w Polsce – zdecydowanie tak.

Karolina Janczukowicz