Ważny głos przedstawiciela władzy sądowniczej.

Niezawisłość sędziowska – przywilej czy obowiązek?

„Każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd” – tak stanowi artykuł 45 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Jednak po serii ustaw w znaczący sposób zmieniających ustrój sądownictwa w Polsce i podporządkowujących najważniejsze organy władzy sądowniczej woli polityków trudno nie zadawać sobie pytania, ile pozostało z niezależności władzy sądowniczej i co to oznacza dla zwykłego człowieka, który ma nieszczęście trafić do sądu ze swoją sprawą. Czy sąd, który tę sprawę będzie rozpoznawał, jest jeszcze niezawisły?

Lipcowa ustawa o ustroju sądów powszechnych umożliwiła Ministrowi Sprawiedliwości uznaniowe odwołanie wszystkich prezesów, wiceprezesów i innych sędziów pełniących jakiekolwiek funkcje w każdym sądzie w kraju. Minister z tego prawa wielokrotnie skorzystał, zaś wymiana prezesów sądów objęła już około połowy terytorium kraju. Dlaczego wymieniono prezesów? Rzeczowych argumentów brak. Można się zatem domyślać, że nie chodzi o faktyczne usprawnienie funkcjonowania poszczególnych sądów, tylko o wymianę „starych” prezesów na nowych, „swoich”. Jest to o tyle istotne, że prezes sądu sprawuje z ramienia Ministra Sprawiedliwości tzw. nadzór administracyjny nad pracą sędziów, organizuje ich codzienną pracę, przydziela do wydziałów itp. Może im wydawać zarządzenia nadzorcze, a nawet wytknąć nieprawidłowości w pracy, co w określonych warunkach przekłada się na konsekwencje finansowe.

Z kolei nadzór nad prawidłowością wyroków sądów powszechnych sprawuje Sąd Najwyższy, po ustawach grudniowych okrojony z około 40% składu, z nową Izbą Dyscyplinarną, która ma rozpoznawać sprawy dyscyplinarne sędziów i przedstawicieli innych zawodów prawniczych. Nowi sędziowie Sądu Najwyższego zostaną powołani przez prezydenta na wniosek również nowej, upolitycznionej Krajowej Rady Sądownictwa. Upolitycznionej dlatego, że zgodnie z nowymi przepisami wprawdzie nadal w KRS większość będą mieli sędziowie, jednak ma ich wybrać Sejm. Samorząd sędziowski został w ten sposób pozbawiony jakiegokolwiek głosu w zakresie wyboru przedstawicieli sędziów do KRS. Jak zatem organ, do którego wybór jest zależny od woli politycznej, ma stać na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów?

Czytaj więcej: Ważny głos przedstawiciela władzy sądowniczej.

Przełom na początku 2018 roku?

Tak źle i tak nie dobrze...
 
Rząd Prawa i Sprawiedliwości stoi dzisiaj przed pierwszym poważnym problemem od momentu jego powołania w październiku 2015 roku. Problemem, z którego nie ma dobrego wyjścia i który zafundowali sobie, dodajmy, na własne życzenie.
Propozycja zmian w ustawie o IPN to typowe wejście słonia do sklepu pełnego drogocennej porcelany na półkach. To co udawało się wszakże przez dwa lata bez przeszkód na krajowym poletku - w tym przypadku z pewnością nie zadziała. Tworzy się wyraźna koalicja państw zachodnich, która wraz z Izraelem ma wyraźnie dość panoszenia się na salonach dzisiejszego, polskiego rządu. Wyjazdy Morawieckiego i ministra spraw zagranicznych (nazwiska nie pomnę) zaczynają mieć rangę li tylko turystycznych, o prezydencie z litości nie wspomnę... Argumentów na rzecz zaniechania prac na temat wdrożenia procedury 7 art. traktatu też tym samym zaczyna brakować. Oczywiście wszystko jeszcze można zatrzymać i wycofać się z głupich projektów ustaw i oświadczeń prominentnych przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości ale mleko się rozlało a wypowiedzianych słów nie da się zetrzeć gumką myszką. Nic już nie będzie tak jak dawniej i z tego ojciec chrzestny rządu świetnie sobie zdaje sprawę. Będą jeszcze podejmowane próby typu "to nie my to oni" ale będą one coraz mniej wiarygodne. Tymczasem różnego sortu antysemici, narodowcy i ukryci (już nawet nie do końca) faszyści, których pełno na Wiejskiej, Al. Ujazdowskich, Nowogrodzkiej i w ogóle w polskim społeczeństwie nie znoszą porażek... Każde okazanie słabości i mętne składanie oświadczeń oraz wycofywanie się z wcześniej podjętych zobowiązań to w ich mniemaniu nielojalność i oszustwo. I nic w tym zakresie nie będzie darowane. Tak zatem źle, a tak jeszcze gorzej... 
 
Przed opozycją w Polsce leży dar losu. Uchyliły się drzwi dotychczas szczelnie zamknięte. A kolos, który do tej pory, wydawało się, ma nogi z betonu zaczyna się lekko chwiać i nie wie jaką drogą ma podążyć aby się nie przewrócić. Czy opozycja to wykorzysta? Przekonamy się w ciągu najbliższych kilku miesięcy...
 
Tomasz Bemben
 
 

Zmiany w rządzie

Destrukcja i rekonstrukcja

Po 2 latach od przejęcia władzy i niszczenia znacznej części dorobku poprzednich lat 26 widać było, że pisowska władza zaczyna buksować w miejscu. Wywoływała coraz więcej konfliktów wewnętrznych i zewnętrznych, prowokowała różne środowiska do kolejnych protestów, skutecznie zniechęcała do siebie przez nachalną propagandę i kompromitujące wpadki jej funkcjonariuszy. W takich działaniach przodowali głównie: Błaszczak, Kurski, Ziobro, Zalewska, Macierewicz, Radziwiłł, Szyszko i Waszczykowski. Prezes podjął zatem decyzję o rekonstrukcji rządu i ostatni czterej stracili swoje stanowiska (wcześniej została zdegradowana premier).

Cieszyć się z tego i mieć nadzieję na rzeczywiste zmiany dotychczasowej polityki? Hm… Niektórzy uważają, że nic się nie zmieni, póki z tylnego fotela kieruje wszystkim zwykły poseł,

a zmiany personalne to tylko zagrywka zastosowana z myślą o przyszłych wyborach i o wizerunku w Unii Europejskiej. Być może tak jest, ale z oceną trzeba chyba poczekać w myśl biblijnej sentencji „poznacie ich po ich owocach”. Spróbujmy jednak już teraz dokonać wstępnej analizy tego, co się właśnie stało.

Czytaj więcej: Zmiany w rządzie

Kilka najważniejszych słów...

Kilka najważniejszych słów...

Magdalena Filiks

Jako że jestem członkiem zarządu Kodu w ciągu ostatnich kilku dni “zatagowano” mnie na FB kilkanaście, albo kilkadziesiąt razy. Oznaczano mnie czasem w związku z pytaniami, czasem w związku z żądaniami, czasem po to, by w drodze manipulacji przyłapać KOD, że jest “taki”, albo “taki”.

Czytałam zarówno, że kobiety życzą sobie wyraźnego poparcia dla liberalizacji ustawy, że kobiety życzą sobie, aby KOD zadeklarował, że Polki chcą utrzymania obowiązującej ustawy, albo też czytałam, że kobiety są wprost przeciwko legalnej aborcji i nawet obowiązującą ustawę uważają za zbyt daleko idącą. Tak. Dokładnie tak czytałam.

Właściwie czytam to od prawie dwóch lat - oskarżana o obojętności, albo ignorancję.
Więc napisze co czuję i myślę w swoim własnym imieniu - bo nikt mi poglądów nie będzie dekretował.
I pierwszy raz napiszę osobiście i tylko w swoim imieniu.

Jestem matką trójki dzieci, w pierwszą ciążę zaszłam w liceum, chwilkę przed egzaminem tzw. dojrzałości :)
Byłam już pełnoletnia na “papierze”, ale wciąż pozostawałam dzieckiem - dość ciężko mi było zdawać w ciąży maturę, dość ciężko mi było zrezygnować ze studiów prawniczych, o których marzyłam, dość ciężko mi było zrezygnować ze sportu, który kochałam i na dodatek miałam talent i wiele sukcesów.
Dość ciężko mi było wyprowadzić się z domu i wziąć na siebie tak wielką odpowiedzialność za siebie i dziecko. Zostałam sama. Bez partnera i bez alimentów. Bez pracy. Wychowana w rodzinie tak bardzo tradycyjnie “katolickiej”, gdzie nie do pomyślenia była ciąża w tym wieku i “bez ślubu”, odczuwałam dodatkowy ciężar.
Właściwie było mi “zajebiście” ciężko.

Dostałam jednak kilka propozycji pomocy od przyjaciół i innych sportowców - propozycji zarówno sfinansowania aborcji, jak i wsparcia. Słuchałam na przemian kazań o odpowiedzialności, ale i kazań o tym, że nie warto marnować życia i talentu w tak młodym wieku.
Nie usunęłam tej ciąży, choć miałam gdzie, za co i po co. To była moja decyzja. Wzięłam za nią w pełni odpowiedzialność.

Czytaj więcej: Kilka najważniejszych słów...

Odpowiedź na odpowiedź

Wszyscy w jednym miejscu

Zanim przejdę do odpowiedzi na Twój tekst, polemiczny wobec mojego „Kiedy przyjdą podpalić dom”, jedno ważne wyjaśnienie. Otóż nie było moim zamiarem rozliczanie kogokolwiek, dzielenie ludzi czy też groźby pod czyimś adresem (chociaż mój tekst zawiera oczywiście oceny). Jeśli tak to odczytałeś, to błąd. Moim celem była próba zdiagnozowania sytuacji, tzn. faktu, że coraz nas mniej na wszelkiego typu ulicznych protestach, chociaż dzieją się rzeczy w gruncie rzeczy przerażające (co miała ilustrować alegoria palącego się domu).

A teraz polemika. Otóż z Twojego tekstu wynika, że ci, którzy nie przychodzą na demonstracje, robią to ponoć dlatego, że oddają się „pracy u podstaw”, samokształceniu i zmianie retoryki. Ale nie jest to przecież prawdą – to są ci sami, którzy krzyczą lub śpiewają pod sądami czy biurami poselskimi PiS-u. Wszystko obraca się w tym samym kręgu osób (niestety!). I między innymi także dlatego uważam, że wciąż ważne jest, aby na ulicach było nas jak najwięcej. Chociażby po to, by zauważyły nas media, a za ich pośrednictwem Europa (zachodnia) i świat (czyli USA).

Piszesz dalej: „Musimy mieć świadomość, że część ludzi, pomimo zbieżnych poglądów, nie jest i nie będzie chętna do partycypacji w tego typu działaniach.”, mając na myśli ich aktywny udział w manifestacjach. To znaczy, że przyjmujesz to za rzecz normalną, bo tak po prostu jest i już (a przecież w lipcu były nas tysiące tysięcy!). A ja właśnie próbuję dowiedzieć się, dlaczego tak jest – to jest ta diagnoza, o której napisałem wyżej.

Być może jest ona nietrafiona, ale sądzę, że i taka jest lepsza niż żadna. Dlaczego? Wyjaśniłem to w swoim poprzednim tekście, teraz powtórzę: bo jeśli dowiemy się, dlaczego nasi znajomi nie chodzą na manifestacje, mamy szansę przekonać ich, że nie ma się czego bać albo że sprawa wymaga jednak ruszenia się z domu.

Problemem istotnym jest teraz „terapia”, czyli właśnie to, jak dotrzeć do takich osób z naszym przekazem i zachęcić do aktywności, a nie tylko czekać na ich udział w wyborach.

Tadeusz Jabłoński