Dotyk zła?

Dotknięcie PRL-u

Jednym z ulubionych manewrów PIS-u jest zarzucanie przeciwnikom związków z PRL-em. Okazją do dyskredytacji może być wszystko – epizod pracy w jakiejś PRL-owskiej instytucji albo to, że w takiej instytucji pracowali członkowie bliższej lub dalszej rodziny, albo jakaś wypowiedź sprzed lat. Dyskredytowani są nawet ci, którzy – w przeciwieństwie do zdecydowanej większości działaczy i zwolenników PIS-u – z PRL-em naprawdę walczyli i to na pierwszej linii, bo na przykład zdarzało się im (jak na przykład Kuroniowi) rozmawiać z oficerami SB na przesłuchaniach. Gdy kogoś uda się PRL-em naznaczyć, wówczas nic innego się nie liczy (oczywiście w oczach zwolenników PIS-u, ale, niestety, również wielu innych ludzi). Łatwo upowszechnia się taki punkt widzenia, w którym cokolwiek by ktoś taki teraz nie robił, jakimikolwiek pobudkami by się nie kierował, to wszystko nie ma znaczenia, ponieważ dotknięcie PRL-u zostawia plamę nie do zmycia.

Oczywiście, w tej PiS-owskiej taktyce jest mnóstwo hipokryzji, bo wiadomo dobrze, że wielu czołowych działaczy tej partii ma za sobą przeszłość nie tylko w PRL-u, ale wręcz w partii komunistycznej. Najgłośniejszym przykładem jest oczywiście PRL-owski prokurator, poseł Piotrowicz, jedna z najbardziej odrażających postaci w ogólnie mało pociągającej galerii działaczy i działaczek tej partii. Nie to jest jednak przedmiotem tego artykułu. Zastanawiam się, dlaczego tak łatwo takie oskarżenie rzucić i tak trudno jest się przed nim obronić. Odpowiedź znajduję w karykaturalnym obrazie PRL-u, który z niezwykłą konsekwencją jest u nas malowany od roku 1989 w mediach, literaturze, filmie, szkolnych podręcznikach. Ten obraz jest tak spójny i sugestywny, że wypiera i zaciera wspomnienie o tym, jak było naprawdę. Wypiera u tych, którzy własnych wspomnień nie mają, bo są za młodzi (oni swoją wiedzę na ten temat czerpią w głównej mierze z mediów), zaciera zaś u starszych, bo własne wspomnienia z upływem czasu blakną i ustępują miejsca przekazom medialnym, zawsze świeżym i aktualnym.

Karykaturalność obrazu PRL-u polega na tym, że jest on malowany wyłącznie czarną farbą. PRL jawi się w nim jako kraj zniewolenia, występku, zbrodni i kłamstwa ze strony aparatu państwowego, oporu ze strony społeczeństwa oraz biedy i braków rynkowych. Znajduje to doskonałe wsparcie w pojedynczych, do znudzenia powtarzanych kadrach: człowieka rozjeżdżanego policyjną ciężarówką podczas zamieszek w 1982 roku w Lubinie, pustych półek w sklepach, młodej dziewczyny, Inki, zamordowanej przez UB. Obraz ten jednak jest  bardzo jednostronny. PRL bowiem nigdy nie był monolitem. Zmieniał się wraz z upływem czasu, stopniowo coraz bardziej się liberalizując i – powoli, ale jednak – rozwijając. Osądzanie całego okresu przez pryzmat lat stalinowskich jest grubym nadużyciem –  w latach 70-tych czy 80-tych nie było tortur, masowych represji czy zbrodni sądowych, a nawet istniała jakoś tam przez Państwo tolerowana (choć nielegalna) działalność opozycyjna. Nie chcę przez to PRL-u usprawiedliwiać, oczywiście był państwem totalitarnym, stosował represje wobec przeciwników, ale w latach późniejszych z różnych względów traktował to jako ostateczność.

Czytaj więcej: Dotyk zła?

Do demokracji się dorasta

Jaki jest stan naszej zbiorowej świadomości?

Lilia Obrocka

Właśnie się przekonaliśmy, co osiągnęliśmy, gdy zamiast całej prawdy o polskich realiach po 89 r, wszystkie dotychczas rządzące demokratyczne ekipy usiłowały wcisnąć ludziom jednostronny, wyłącznie „dobry wizerunek” naszej gospodarki i demokracji. Dziś, bez owej prawdy, nawet największa komunikacyjna sprawność, ani najlepsze metody „zarządzania konfliktem” (żeby nie powiedzieć „manipulacji”) nie wystarczą na uratowanie demokracji.

Do demokracji się dorasta (lub nie). To nie jest kwestia czysto intelektualnego wyboru spośród różnych ustrojowych opcji, do którego można namówić. To stan świadomości, efekt dojrzałości umysłu i „serca”, jaką się osiąga w procesie indywidualnego rozwoju. Mówiąc metaforycznie, od chwili narodzin niejako wznosimy się na kolejne „szczeble” rozwojowej drabiny, co całkowicie zmienia nasz świat: potrzeby, uczucia, motywacje, wartości, postawy moralne, systemy przekonań, zachowania ekonomiczne, stosunek do polityki i wszystkie inne aspekty osobowości. Bez tej dojrzałości niektóre demokratyczne idee wydają się groźne, albo co najmniej mentalnie obce. Planując zatem nasze edukacyjne cele, możemy co najwyżej liczyć na uaktywnienie ludzi dotąd politycznie obojętnych lub niezdecydowanych. Zagłosują zgodnie ze stanem swojej świadomości i życiowego bilansu. Jeżeli będą młodzi, a my będziemy dla nich wiarygodni, może szybciej dojrzeją…

Nie chodzi zatem wyłącznie o ustrojowe instytucje. Wszystkie wartości przekonania i cele rodzą się w ludzkich głowach. Nie jakiś abstrakcyjny PiS, lecz konkretne osoby podzielają nasze polityczne racje albo je odrzucają. Politycy wszystkich opcji, tak jak ich wyborcy, do społecznego życia wnoszą swoją wiedzę, marzenia, lęki, osobiste ambicje, współczucie i troskę o innych, ale i głupotę, egoizm, kłamstwa, manipulacje – także polityczną przemoc. Przez polityczną poprawność i kalkulacje unika się jednak publicznie i głośno wyrażanej refleksji nad stanem naszej świadomości. A taka refleksja jest bezwzględnie konieczna, żeby zrozumieć fundamentalne przyczyny społecznych konfliktów i móc zmierzyć się z nimi.

Czytaj więcej: Do demokracji się dorasta

Świat zafakturowany?

Wojna w KOD-zie?

Nie najlepiej zaczął nam się ten nowy 2017 rok. Głównym motywem ostatnich dni jest „afera fakturowa” z Mateuszem Kijowskim w roli głównej. Jak wiemy, dotyczy ona finansowania jego firmy z funduszy zbiórkowych Komitetu Społecznego KOD-u. Nie chcę wchodzić w szczegóły samej sprawy. Ani bowiem nie mam wystarczającej wiedzy na ten temat, ani też nie czuję się kompetentny w rozstrzyganiu kwestii merytorycznych. Dość, że fakty zostały potwierdzone przez
samego M. Kijowskiego i od strony prawnej zdają się nie budzić zastrzeżeń.

Mój wielki niepokój budzi jednak kwestia komunikacji, ocena sytuacji przez członków KOD-u oraz przede wszystkim werbalny (czy raczej cyfrowy, bowiem większość wymiany poglądów odbywa się w Internecie) przekaz na ten temat. Tu emocje sięgają zenitu, ale po kolei. Rozumiem i sam podzielam opinię, że odpłatna współpraca M. Kijowskiego z własną organizacją, w szczególności bez wiedzy Zarządu Głównego, jest konfliktem interesów. Prawnie dopuszczalnym, ale moralnie wątpliwym. Jednak reakcje na tę „aferę”, a tym bardziej ich forma, budzą moje najgłębsze obawy. Lektura komentarzy wielu koderek i koderów, zrozumiała na poziomie emocji, kompletnie rozczarowuje treścią, wnioskami i sugestiami. Opinie w rodzaju: „M. Kijowski winien zrezygnować” należały do delikatniejszych. Co gorsza, jakakolwiek próba uspokojenia nastrojów i zracjonalizowania dyskusji kończyła się zakwalifikowaniem próbującego do grona „bagatelizujących”, „popierających szwindle” czy też zwolenników bycia „trochę dziewicą” i „trochę w ciąży”. Radykalizm osądów, tempo ich wypowiadania i ostateczność wniosków – w mojej ocenie – kompletnie rozmijają się z ideą KOD-u.

Czytaj więcej: Świat zafakturowany?

Konwencja antyprzemocowa - dlaczego trzeba jej bronić

Czym jest tzw. konwencja antyprzemocowa i dlaczego warto „stanąć za nią murem”


Z niepokojem przyjąłem informację o wpłynięciu wniosku o wypowiedzenie przez Polskę tzw. konwencji antyprzemocowej. Trzeba powiedzieć wprost, że gdyby tak się wydarzyło byłby to kolejny istotny krok wstecz dokonany w okresie, mniej więcej, ostatnich 12 miesięcy. Aby zrozumieć dlaczego warto „stanąć murem” w obronie tzw. konwencji antyprzemocowej należy przybliżyć czym jest ta konwencja, komu a także czemu ma służyć:
Otóż tzw. konwencja antyprzemocowa, a dokładnie Konwencja Rady Europy (tej samej, w ramach której zawarta została Konwencja o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności z 1950 r.) o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, została uchwalona stosunkowo niedawno w 2011 r. w Stambule, jako akt cywilizowanego świata mający na celu przeciwdziałanie takiej przemocy.
Tutaj należy wspomnieć, iż według statystyk problem przemocy w rodzinie w Polsce nie występuje tak często jak w niektórych państwach Europy Zachodniej, dotyczy on statystycznie co piątej Polki. To kobiety są zazwyczaj ofiarami przemocy. Należy pamiętać, iż powyższe statystyki nie obejmują wielu przypadków przemocy, ponieważ jej ofiary często są zastraszane, zapadają w depresję i ukrywają swoje problemy przed światem zewnętrznym, nie powiadamiają odpowiednich podmiotów, żyją same z problemem. Może to wynikać także z małej świadomości ofiar takiej przemocy co do możliwości podjęcia stosownych kroków, obrony swych praw i uzyskania pomocy. Ponadto system pomocy w takich sytuacjach zwykł być  zanadto zdecentralizowany, co utrudniało dotarcie do właściwej instytucji.
W Polsce tzw. konwencja antyprzemocowa została podpisana w 2012 r. ratyfikowana została w 2015 r. Konwencja w sposób kompleksowy reguluje kwestie związane z przeciwdziałaniem przemocy domowej i definiuje jej najróżniejsze formy. Jeszcze przed ratyfikacją konwencji środowiska prawicowe i kościelne zareagowały na nią w sposób alergiczny i przedstawiły jako główne zagrożenie „Polskości” i „Naszej cywilizacji”. Najgorszym przekleństwem, którego dopatrują się w konwencji „obrońcy ojczyzny” są jej założenia dotyczące określenia przyczyn powstania przemocy. Według konwencji u podstaw przemocy leżą często funkcjonujące w społeczeństwach stereotypy co do społecznej roli kobiety i mężczyzny. Posługując się zdrowym rozsądkiem należy zgodzić się z takim podejściem, nie ma bowiem wątpliwości, że istnieją różne tradycje i stereotypy zakładające np. niższość kobiety wobec mężczyzny (np. w krajach arabskich, ale nie tylko). W wielu rodzinach funkcjonuje nadal model rodziny, znany sprzed lat, w którym pater familias, czyli ojciec rodziny, miał władzę, wydawał polecenia i do tych poleceń każdy musiał się zastosować. Mógł przy tym stosować różne formy nacisku i wymuszenia, w tym przemoc.

Czytaj więcej: Konwencja antyprzemocowa - dlaczego trzeba jej bronić

Państwo pozorne

Państwo pozorne PIS

Kończy się rok 2016 – dziwny rok. Eksperyment pod nazwą „dobra zmiana” ma już 12 miesięcy i z niemowlęctwa powoli przechodzi w wiek wczesnodziecięcy. Ci, którzy przynieśli ją na własnych barkach oswajają się powoli z władzą – z etapu początkowego, charakteryzującego się swoistym zachłyśnięciem, brakiem wiary, że to na dłużej a nie tylko na moment – przechodzą do etapu drugiego czyli stabilizacji i rosnącego przekonania, że władza się należy i trafiła do najlepszych spośród najlepszych.

Działacze PIS, którzy z dnia na dzień stali się urzędnikami państwowymi, zdają sobie sprawę, że aby utrzymać powierzone funkcje, muszą całkowicie zaakceptować wszystkie pomysły prezesa swojej partii, łącznie z tym najważniejszym, determinującym resztę: „państwo prawa nie musi być państwem demokratycznym”. W świetle tej konstrukcji nie musimy się przejmować w państwie brakiem zasad demokratycznych bowiem ważne jest to, że uchwalamy i „dajemy” na tacy społeczeństwu prawo w postaci ustaw, przeważnie niekonstytucyjnych. Takie „prawo” utrzymuje pozory funkcjonowania gdyż ustanawia je większość wybrana w demokratycznych wyborach. Ta większość zapomina jednak o podstawowej wadzie tej koncepcji – wygrana w wyborach nie dała jej większości konstytucyjnej, dała zaledwie 233 mandaty, nie może ona zatem zmienić Konstytucji i musi się poruszać w obszarze wyznaczonym przez aktualnie obowiązującą ustawę zasadniczą. Kolejne niekonstytucyjne ustawy nakładają się na siebie, tworzą chaos w państwie, aktualna namiastka tzw. „Trybunału Konstytucyjnego” nie stanowi listka figowego dla władzy gdyż sama także funkcjonuje na bazie ustawy łamiącej Konstytucję. W efekcie żyjemy w państwie pozornym, które mówiąc kolokwialnie, trzyma się kupy jedynie dlatego, że PIS przejął je, pomimo kryzysu światowego, w stosunkowo niezłej kondycji. Jak długo? Ano tak długo jak długo starczy pieniędzy i na jak długo starczy wyobraźni urzędników chcących ukryć rzeczywisty stan państwa. Sztuczne przenoszenie środków z jednej kieszeni do drugiej ma ograniczoną skuteczność, pierwsze problemy pojawią się wówczas kiedy zabraknie pieniędzy na wypłaty zapomóg socjalnych. Ostatnia wypowiedź posła Kaczyńskiego dla agencji Reutersa: "Byłbym skłonny zdecydować się na jakieś spowolnienie wzrostu ekonomicznego, jeżeli byłoby ono ceną przeforsowania mojej wizji Polski" – być może stanowi już „miękkie” przygotowanie opinii publicznej na zbliżające się kłopoty. Kolejnym może już być oświadczenie o konieczności „zaciskania pasa” w obliczu wzmagającej się aktywności różnorakich „nieprzychylnych ośrodków” przeważnie usytuowanych oczywiście na zachodzie.

Czytaj więcej: Państwo pozorne