Terapeuci przeciwko "trumpizmowi"

Przedstawiamy kolejny, tym razem ostatni, tekst poświęcony wyborom w USA. Może on byc ciekawym uzupełnieniem ostatniego artykułu pani Barbary Nykiel - Herbert

 

http://citizentherapists.com/manifesto/

Manifest grupy terapeutów obywatelskich

przeciwko trumpizmowi

Jako psychoterapeuci praktykujący w Stanach Zjednoczonych, jesteśmy istotnie zaniepokojeni wzrostem ideologii trumpizmu, którą postrzegamy jako zagrożenie dobrobytu ludzi, na losie których nam zależy oraz jako zagrożenie samej demokracji amerykańskiej. Nie możemy milczeć, gdy jesteśmy świadkami wzrostu skali przejawów amerykańskiej formy faszyzmu. Możemy wykorzystać owocnie ten okres kryzysu by pogłębić nasze przywiązanie do demokracji amerykańskiej.

Co to jest trumpizm?

Trumpizm jest ideologią, a nie konkretną osobą, która może przetrwać i wzrastać po wyborach prezydenckich nawet jeśli Donald Trump je przegra. (Jej warianty można zauważyć na obszarze całej Europy.) Trumpizm to zestaw idei dotyczących życia publicznego oraz zestaw praktyk stosowanych w praktyce życia publicznego charakteryzujących się:

 

    • Traktowaniem jako kozłów ofiarnych i wykluczanie grup ludzi, postrzeganych jako zagrożenie, w tym imigrantów i mniejszości religijnych.
    • Degradowaniem, ośmieszaniem i poniżaniem rywali i krytyków.
    • Promowanie Człowieka Silnej Ręki który:
      • Odwołuje się do strachu i gniewu
      • Obiecuje, że rozwiąże nasze problemy jeśli tylko mu zaufamy
      • Pisze historię na nowo i ma w pogardzie prawdę
      • Nigdy nie przeprasza ani nie przyznaje się do popełnionego błędu mającego konsekwencje
      • Nie widzi jakiejkolwiek potrzeby stosowania racjonalnej perswazji
      • Podporządkowuje sobie kobiety twierdząc, że idealizuje je
      • Podważa znaczenie instytucji życia publicznego takich jak sądy, wtedy, gdy działają one w sposób niezawisły niezgodnie z jego oczekiwaniami
      • Podkreśla nadrzędność narodowego interesu nad prawem międzynarodowym i szacunkiem wobec innych narodów
      • Zachęca do stosowania i wybacza podejmowanie aktów przemocy publicznej stosowane przez swoich zwolenników.

Czytaj więcej: Terapeuci przeciwko "trumpizmowi"

Dlaczego? - dlatego...

Barbara Nykiel-Herbert

Głosowałam na Trumpa. Niechętnie, bez entuzjazmu, i bez kropli poczucia dumy. Ale jednak na Trumpa.

Nie wyobrażałam sobie tego zupełnie na początku naszego ostatniego procesu wyborczego. Wiedziałam jednak, że nie będę głosować na Hillary, bo widziałam ją jako przedłużenie administracji Obamy. Nie należę do żadnej z amerykańskich partii i w przeszłości głosowałam głównie na Demokratów – aż do czasów Obamy. Z pełnym przekonaniem popierałam Obamę w 2008 roku, bo obiecywał najbardziej przejrzysty i uczciwy rząd w historii USA. Pomimo że byłam zubożałą wdową po śmierci męża w poprzednim roku, dołożyłam parę skromnych dolarów do kampanii wyborczej Obamy. Jako wolontariuszka w Youngstown, Ohio, chodziłam od drzwi do drzwi, roznosząc ulotki wyborcze obiecujące nadzieję i zmianę.

Niestety, już na początku 2011 roku bardzo pożałowałam swojego głosu. Przez ostatnie pięć lat cierpliwie czekałam, żeby Obama wreszcie sobie poszedł. Na szczęście już niedługo.

Obama, który sam ma kompleks rasowy, nie umiał być prezydentem wszystkich obywateli. Nie potrafił trzymać się obiektywnie z boku i zupełnie niepotrzebnie wtrącał się w konflikty, które tylko pogarszały stosunki rasowe. Środowisko akademickie, w którym pracowałam, zrobiło się bardzo anti-white; poprawność polityczna doszła do absurdu. Nie miałam przyjemności być zmuszana do bicia się w piersi za mój biały przywilej. Niedorzeczne stwierdzenia, że biała skóra sama w sobie definiuje cię jako rasistę, występowały coraz częściej. Obama ani razu publicznie nie podkreślił swojej dwurasowości; gdyby to zrobił, miałby szansę na zjednoczenie społeczeństwa. Niestety, tylko podjudzał.  

Jednym z pierwszych wielkich oszustw Obamy była reforma zdrowia. Obama kłamał w żywe oczy – a za jego plecami główny architekt tej reformy, Jonathan Gruber, śmiał się, że reformę udało się przeprowadzić tylko z powodu głupoty amerykańskich obywateli. Ponad półmiliardowy (w dolarach) kontrakt na konstrukcję portalu internetowego Obamacare dostała firma przyjaciółki Michelle Obamy. Miliony ludzi takich jak ja straciło swoje poprzednie polisy ubezpieczeniowe i musiało – pod karą wysokiej grzywny – wykupić nowe. W moim przypadku premie miesięczne skoczyły z 267 do ponad 800 dolarów (czyli prawie 10.000 dolarów rocznie), przy czym jeszcze muszę dodatkowo zapłacić z własnej kieszeni pierwsze 5 tysięcy rocznie (tzw. “deductible”) za usługi medyczne, a powyżej 5 tysięcy ubezpieczenie zwraca tylko 60%. Przy czym osobno płacę również tzw. “co-pays” za wizyty lekarskie i wizyty na pogotowiu. Moja polisa nie pokrywa opieki dentystycznej i okulistycznej, i tylko w minimalnym stopniu pomaga przy zakupie lekarstw. Przy zarobkach powyżej ok. 50 tysięcy dolarów rocznie (brutto) nie przysługują żadne rządowe zniżki. Ludzie o niskich zarobkach dostają dotacje lub zupełnie darmowe polisy (nawet jeżeli nie pracują z wyboru). Natomiast nielegalni imigranci nie mają obowiązku wykupu ubezpieczenia i nie są objęci grzywną za jego unikanie, ale nie można im odmówić pomocy lekarskiej, więc korzystają z klinik i szpitali za darmo. Oczywiście ludzie, których nie stać na wykupienie polis ubezpieczeniowych Obamacare i w dodatku muszą jeszcze płacić grzywnę, uważają to za wielką niesprawiedliwość - zwłaszcza w tych stanach, w których nielegalna imigracja rośnie w szybkim tempie.

Czytaj więcej: Dlaczego? - dlatego...

Wybory w USA - komentarz na gorąco

 Donald Trump - i co dalej ?
Kurz bitewny opada, już wiadomo, że nowym Prezydentem USA zostanie Donald Trump. Na razie świat przeżywa szok i jakoś próbuje uwierzyć, że to co do tej pory było zaledwie prawdopodobieństwem, zabawnym dla niektórych, dla wielu groźnym albo co najmniej niepokojącym – staje się faktem. Ameryka wpisała się w coraz bardziej powszechny trend wśród krajów wysoko rozwiniętych czyli kontestację i rozczarowanie milionów ludzi brakiem udziału w rozwoju cywilizacyjnym ich krajów. Od wielu lat trąbiono wszędzie gdzie można było, że rosną kolejne pokolenia niespełnionych w swych ambicjach, z zamkniętymi drogami kariery albo, co gorsza, przez wiele lat przyzwyczajonych, że życie nie przynosi im wiele więcej niż jakiś bardzo średni standard… Zagrożeń upatrują nie w sobie lecz w imigrantach, zamykają się w swoich kręgach i dają posłuch różnym pseudo narodowym odniesieniom odnajdując w nich zagubione poczucie bezpieczeństwa i utraconą godność. Tworzy się potężny elektorat zdolny zmienić wszystko i wszystkich. To połączenie dwóch nurtów- ludzi ambitnych, niespełnionych i amerykańskich „januszy” zmiotło dotychczasowy establishment i postawiło w głównej roli rozgrywającego, nuworysza i człowieka pozornie z zewnątrz. Dla pocieszenia tylko powiem, że pomimo głupot jakie mówił, niekonwencjonalnych zachowań i działań, często niezrozumiałych i wywołujących skandal bądź salwy śmiechu – z pewnością Trump nie jest idiotą, nawet jeśli na takiego próbował pozować. W historii Stanów Zjednoczonych było wielu prezydentów, których wybór powszechnie uważa się co najmniej za pomyłkę. Było też wielu, którzy na początku budzili konsternację aby na końcu swojej kadencji zasłużyć na miano wybitnych  - posłużmy się tu chociażby przykładem Ronalda Reagana, który na początku zasługiwał zaledwie na miano aktorzyny i to jeszcze „gorszego sortu”. Czym to się zakończyło, pamiętamy… Nie wiem jaka będzie prezydentura Donalda Trumpa i czym się zakończy. Sam odczuwam pewien niepokój i niepewność, apeluję jedynie o reakcje bez histerii, bardziej pragmatyczne niż emocjonalne. Pewno trzeba się będzie przygotować do innej Ameryki na świecie – dlatego tym bardziej ważne są wszystkie działania, wzmacniające pozycję Polski. Tragiczne jest to, że znaleźliśmy się w momencie, w którym polskie władze kompletnie tych potrzeb nie rozumieją – i wydaje mi się, że ten problem jest dla nas dużo bardziej istotny…

Tomasz Bemben

Po wyborach w USA

Podróż do roku 802 701

Beata Geppert

   „Że lewica naiwna. Że liberalne centrum oderwane od rzeczywistości. Że elity samozachwycone. Że to w ogóle wszystko wina tych, którzy przegrywają. A może by tak przyznać, że ci, co wygrywają, mają w zanadrzu argumenty dla przegrywających niedostępne? Że kłamstwo jest milsze uchu od prawdy? Że bezwstyd jest łatwiejszy od zasad? Że pochwała nijakości jest bardziej pociągająca od wymagań? Że głupota i prymitywizm mają po prostu mocniejsze pięści? I że świetnie zarządza się strachem i kompleksami białego patriarchatu?”.

   Droga autorko tego tekstu, w takim razie pojawia się najprostsze na świecie pytanie. Dlaczego dotychczas tak nie było? Dlaczego w poprzednich wyborach dwukrotnie zwyciężał Obama? I analogicznie w Polsce: dlaczego w poprzednich wyborach dwukrotnie zwyciężała PO? Otóż chyba jednak rację mają ci, którzy mówią, że establishment, elity, mainstreamowe media wpadły w samozachwyt właśnie.

   Po pierwsze kompletnie nie zwracały uwagi na sygnały, na analizy ekonomistów, socjologów itp., którzy ostrzegali, że ten i ów suweren ma już po kokardę bycia lekceważonym, wykluczonym, tym, który ponosi koszt każdej katastrofy ekonomicznej (przypominam, że w kryzysie 2008 utopiły się pieniądze zwykłych ludzi, a nie banków, których zarządy miały nawet czelność przyznawać swoim członkom wielomilionowe premie). I że w końcu ów suweren może się wkurzyć. Co też i nastąpiło.

   Po drugie z nieznanych przyczyn owe elity uznały, że to one wiedzą lepiej, co suwerenowi jest potrzebne do szczęścia, że suweren ma milczeć i nie wystawiać swojego śmierdzącego pyska, a tylko karnie głosować tak, jak mu mainstreamowe media nakażą, bo one przecież wiedzą lepiej. A tu nagle zonk! suweren wystawił pysia i zagłosował po swojemu. Ostro ucierając elitom nosa. Nie dlatego, że uwierzył Trumpowi czy Kaczyńskiemu. Ale dlatego, że ciśnienie złości musiało znaleźć ujście. Zawór bezpieczeństwa.

   I wreszcie po trzecie piszesz, droga autorko, że kłamstwo, że bezwstyd, że pochwała nijakości, że głupota i prymitywizm, że strach i kompleksy białego patriarchatu. Skoro osoba tak wrażliwa jak Ty potrafi takie rzeczy wypisywać o tych, którzy zwyczajnie mieli dosyć establishmentu, którym na widok pani Clinton zbierało się na wymioty, którzy mogli to zademonstrować jedynie oddając głos na Trumpa, to co na ten temat mogą mieć do powiedzenia ludzie o niższym poziomie delikatności? Poczytaj komentarze na fejsie, posłuchaj kasandrycznych jęków mainstreamowych mediów, jedne lepsze od drugich. Takie komentarze mogą jedynie sprawić, że suweren tym bardziej będzie głosować antyestablishmentowo, bo już nie będzie  mieć nic do stracenia.

   I tylko zupełnie nie wiem czemu przypomniała mi się powieść Wellsa pt. “Wehikuł czasu” i jej bohaterowie: Morloki i Eloje. Ech, wszystko już było, a właściwie będzie... W roku  802 701.

Może do kina ? - "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego

Mirosław Przylipiak
Wołyń: niezły, może dobry, na pewno nie wybitny

Na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Gdyni „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego nie znalazł specjalnego uznania w oczach jury, zdobywając zaledwie trzy drugorzędne nagrody (za najlepszy debiut aktorski, najlepszą charakteryzację oraz najlepsze zdjęcia). Oczywiście, nagrody na festiwalach rządzą się swoimi prawami i nie zawsze bywają sprawiedliwe, ale tym razem, moim zdaniem, jury stanęło na wysokości zadania. Jeśli bowiem nagradzać za walory artystyczne, to były na tym festiwalu filmy lepsze. „Wołyń” jest dziełem niesłychanie doniosłym ze względu na podejmowany temat i jego reperkusje społeczne, polityczne, historyczne. Jest też filmem o szlachetnym, antynacjonalistycznym wydźwięku. Jeśli jednak wszystkie te względy usunąć, to jest to film przeciętny, może nawet dobry, ale na pewno nie wybitny. Nie wróżę mu więc kariery międzynarodowej. Z punktu widzenia świata jest to, niestety, historia jeszcze jednej rzezi, jakich wiele, niczym szczególnym nie zatrzymująca uwagi widza, który nie jest w nią osobiście – na przykład z racji swojej narodowości – zaangażowany.
Stało się tak za przyczyną rozmaitych ograniczeń, które nieuchronnie wiązały się z realizacją filmu na tak drażliwy temat. W ich efekcie Smarzowski niejako wyrzekł się własnego stylu, w którym się czuje najlepiej, który przyniósł mu rzesze zwolenników i pomógł wypracować pozycję, jaką cieszy się w naszej kinematografii. Jeśli bowiem popatrzy się na poprzednie filmy tego reżysera,  takie jak „Wesele”, „Dom zły”, „Drogówkę” czy „Pod Mocnym Aniołem”, to widać wyraźnie, że żywiołem tego reżysera jest groteska posunięta do granic karykatury, w ramach zaś groteskowego wyolbrzymiania wybranych cech szczególnie dobrze czuje się, wyolbrzymiając brzydotę, podłość i głupotę. Stąd pamiętne sceny eksplodującego wychodka w „Weselu”, w efekcie czego cały świat nabiera brązowawej barwy, rozliczne w jego filmach sceny upijania się na umór, skutkującego bełkotaniem, rzyganiem i robieniem pod siebie, czy też fabularne motywy przekrętów, oszustw i żałosnego drobnego cwaniactwa, w których bohaterowie zawsze i nieodmiennie kierują się własną korzyścią. (Wyjątkiem na tym tle była „Róża”, ale to temat na osobne opowiadanie, na rozwijanie którego nie ma tu miejsca.) Wszystko to Smarzowski potrafi zabarwić jeżeli nie wdziękiem, to osobliwym, czarnym humorem, dzięki któremu Polacy – do specjalnie samokrytycznych nie należący – filmy Smarzowskiego lubią i na nie chodzą.

Czytaj więcej: Może do kina ? - "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego