Moje dojrzewanie do protestów.

 

MOJE DOJRZEWANIE DO PROTESTU

Chcąc opisać, to co obecnie dzieje się w Polsce nie używam wobec nikogo słów obraźliwych, staram się zachować dystans, wyważam każde słowo bo nie chcę być oskarżany o prowokację. Czasem puszczają mi nerwy, hamuję się jednak gdy czuję, że emocje wzrastają zanadto. Nie mówię, że chcę obalić tę władzę, bo jest zła. Zawsze dystansowałem się wobec takich wypowiedzi. Staram się patrzeć na wydarzenia neutralnie i obiektywnie nawet wówczas kiedy uczucia podpowiadają coś zupełnie innego.

Pojawiam się na prawie każdej manifestacji i marszu. Czuję się częścią tego rosnącego w siłę ruchu. Początkowo miałem problem ze skandowaniem haseł choć czułem, że niosą ze sobą prawdę. Później jednak szło mi już znacznie lepiej. Było to jak wędrówka ciemnym tunelem, na końcu którego dostrzegłem światło. Gdy tam dotarłem, obiektywizm przestał się liczyć, bo zobaczyłem, jak wygląda rzeczywistość. Zacząłem dostrzegać w sobie mniej radykalnego i bardziej wyważonego w działaniach, ale jednak „małego rewolucjonistę”.

Ale w pewnym momencie coś we mnie pękło... Staram się być na bieżąco z tym, co dzieje się w polityce – zarówno w Sejmie, jak i obok niego (ostatnimi czasy, rzecz jasna). Niektóre tematy nie do końca rozumiem. Ale dostrzegam coś co zaczyna być powszechne w naszej codzienności – to rozlewająca się wszędzie nienawiść. To prymitywne uczucie istnieje wokół nas, kryje się w ludziach, którzy nawet nie starają się zachować pozorów. Pokazują to wprost, a w głowach mają jedynie własne racje i brak poszanowania dla tych, którzy ich nie uznają. Wykluczanie z uwagi na to, co się myśli, jest rzeczą, która smuci mnie najbardziej. To nic innego, jak potępianie czarnego za to, że nie jest białe i białego za to, że nie jest czarne.

Odnoszę wrażenie, że dziś tak właśnie patrzy się na nas. Gdy pokażemy się na ulicy ze znaczkiem KOD-u, jesteśmy wytykani palcami. W pobliżu naszych manifestacji zawsze znajdzie się grupka tych, którzy z pianą na ustach wykrzykują nienawistne hasła i oskarżają nas o to, że jesteśmy byłymi komunistami itp. Władza i media nie robią nic aby tę nienawiść zwalczać. Wręcz przeciwnie – podsyca się ten ogień tylko po to, by nie przygasł, wykorzystuje jako broń do sortowania ludzi na gorszych i lepszych. To świadome działanie mające na celu nastawienie jednych przeciwko drugim. Tylko co dalej? Do czego to zmierza? Do wzbudzania w nas strachu i zniechęcania, byśmy nie wychodzili z domów na manifestacje i marsze? Do pobudzania obawy przed tym, że (z przyzwoleniem władz) będziemy kiedyś atakowani na ulicy w biały dzień i pod okiem kamer?

Czytaj więcej: Moje dojrzewanie do protestów.

Czy do demokracji się dorasta?

Andrzej Remiszewski

CZY DO DEMOKRACJI SIĘ DORASTA?

Stwierdzenie takie zawiera w tytule swego artykułu z 16 stycznie Lilia Obrocka[i]. A poniżej zadaje ważkie pytanie: Jaki jest stan naszej zbiorowej świadomości? Trudno zaprzeczyć sensowi zastanawiania się nad tymi kwestiami.

Tekst kończy się stwierdzeniem, że, cyt.: „to, czego naprawdę nam brak, to właściwa równowaga między polityką i rynkiem, między państwem, a obywatelem. Cień szansy na tę równowagę jest tylko przy silnej demokracji”.

I z tą konkluzją nie sposób się nie zgodzić. Ale cała droga do tej konkluzji to seria stereotypów, uproszczeń albo stwierdzeń, delikatnie mówiąc wątpliwych.

Teza pierwsza: wszystkie ekipy usiłowały wcisnąć ludziom wyłącznie pozytywny wizerunek naszej gospodarki i demokracji. Można by to odwrócić: wszystkie opozycje oraz prymitywne, goniące za sensacją media usiłowały wcisnąć ludziom wyłącznie negatywny wizerunek rzeczywistości. Myślę, że to wystarczająco obnaża słabość tezy, rola rządzących jest samochwalić się, rolą opozycji krytykować, rolą mediów powinno być, a nie jest, edukować, w tym obnażać kłamstwa jednych i drugich.

Teza druga: Wszystkie wartości przekonania i cele rodzą się w ludzkich głowach. Nie jakiś abstrakcyjny PiS, lecz konkretne osoby podzielają nasze polityczne racje albo je odrzucają.

Pis nie jest abstrakcyjny, pis (świadomie małymi literami!) posługując się kłamstwem buduje określoną świadomość w tych wspomnianych głowach ludzkich. Czyni to nieuczciwie, traktując jako narzędzie, a nie realną ideę, program. Problem jest inny: z jakiegoś powodu pisy na całym świecie zdobywają poklask i akceptację większą, niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich 80 lat.

I w tym zakresie teza jest wartościowa, warto dalej zastanawiać się nad przyczynami tego stanu rzeczy.

Teza trzecia: wstrząsające oskarżenie neoliberalnej wersji współczesnego kapitalizmu. To wymaga bardzo obszernej polemiki. Najkrócej mówiąc: ustroje gospodarcze się zmieniają. Żeby pozostać tylko przy kapitalizmie, to warto zauważyć, że XIX-wieczny kapitalizm, jaki opisano w literaturze i filmie (przykład „Ziemia Obiecana” ale i socrealizm) nie istnieje od bardzo dawna. Zda się, nikt nie zauważył, że skończył się także kapitalizm XX-wieczny. Rozwój technologiczny i różne inne zmiany zachodzące w świecie spowodowały jego nieadekwatność, wobec czego jako najdoskonalszy ze znanych ustrojów gospodarczych przechodzi on okres modernizacji. Alternatywą tej ewolucji jest rewolucja – tego chcemy?

Teza czwarta: powszechne przekonanie, iż nic lepszego od kapitalizmu i jego wolnego rynku nie wymyślono, że demokracja i kapitalizm idą z sobą w parze, jest z gruntu fałszywe.

Czytaj więcej: Czy do demokracji się dorasta?

PIS nie bierze jeńców.

Dzisiaj w Gdańsku odbędzie się strajk Rodziców przeciwko zmianom w szkole wprowadzanym przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. Pomimo miażdżących opinii fachowców, podstaw programowych całkowicie oderwanych od rzeczywistości, których wręcz kompromitujący kształt zauważył, między innymi Komitet Edukacji Polskiej Akademii Nauk - walec pchany przez minister Zalewską, tym razem przejedzie się po polskich szkołach. Obietnica likwidacji gimnazjów, składana podczas kampanii wyborczej, została spełniona. Polski system edukacji położony został pod nóż jako kolejny symbol, dzięi któremu Prawo i Sprawiedliwość chce pokazać swoim wyborcom determinację, zdecydowanie i iście bolszewicką bezkompromisowość. Nie ma znaczenia jakość, kontynuacja, dobro dzieci czy wreszcie otwartość i nowoczesność systemu dająca młodym ludziom chociażby szansę rywalizacji na europejskich rynkach pracy. To akurat jest, niestety, wyraz konsekwencji z jaką Jarosław Kaczyński i jego partia zmierza do zamknięcia Polski w szklanej kuli konserwatyzmu, wciąż niespełnionych marzeń o potędze, chociażby tej małej, ograniczonej zaledwie z jeden strony Bałtykiem a z drugiej Morzem Czarnym... Poseł Kaczyński nie zauważa jednak, że przytupując w miejscu, pokrzykując od czasu do czasu bojowo - cofa nasz kraj o kilkanaście lat, Rumunia a za niedługo także Bułgaria zaczną się stawać bardziej wiarygodnymi partnerami do współpracy niż wciąż ofuknięta, z wiecznymi pretensjami Polska.

Dzisiaj nasz kraj staje się areną igrzysk, gdzie po jednej stronie stoją szeregi współczesnych hunwejbinów zarządzanych przez jednego wodza, nie zważających na nic - przekonanych, że skoro wygrali wybory to w imię przekonania, że zwyciężca bierze wszystko, nie znają ani kordonów ani granic i biorą całość, jak popadnie - zawłaszczając Polskę na wyłączność. Komu się nie podoba może co najwyżek siedzieć cicho i nie przeszkadzać. Po drugiej stronie gromadzi się armia niezadowolonych i wciąż będących w szoku, że tak szybko i skutecznie można zniszczyć świat, w którym, wydawało się, po wielu latach wyrzeczeń i bolesnych zmian, znalazło się w miarę bezpieczne miejsce na ziemii. Gdzie własną pracą i wyrzeczeniami można było budować plan na dobrą przyszłość dla najbliższych. Tą armią dowodzi szereg dowódców, z których każdy ma swój pomysł na potyczkę z władzą a wojsko składa się z rzeszy ludzi, z których znaczna część, co prawda wie już, że coś nie gra, ale jeszcze się łudzi, że uda się obronić w tym ogólnym bałaganie - swój własny, wewnętrzny porządek. Stąd też brak determinacji i częste przekonanie, że co prawda rząd Prawa i Sprawiedliwości należy wyrzucić na śmietnik historii, to jednak jest szansa jakoś doczekać do najbliższych wyborów i tam, co się da - zmienić.

Czytaj więcej: PIS nie bierze jeńców.

"Zanim naciśniesz ENTER..."

Zanim naciśniesz ENTER policz do dziesięciu

Internet, w tym Facebook, to wspaniale medium. Po raz pierwszy w historii świata można skomunikować się w czasie rzeczywistym, bez zwłoki, z każdym człowiekiem, niezależnie od miejsca, gdzie się znajduje. Można uzyskać informację natychmiast i natychmiast można wysłać informację własną. Nie do końca, ale w znacznym stopniu uniezależniliśmy się od dobrej lub złej woli dysponentów informacji i środków jej przekazu.

Od bardzo wielu lat uczestniczę w tym wirtualnym życiu, uczestniczę w takim zakresie, jak mi to jest potrzebne i jak pozwala odporność na współczesne technologie człowieka z poprzedniej epoki. To czas dość długi, by mieć osobiste refleksje na temat komunikacji internetowej. Pozwólcie, że podzielę się nimi z Wami.

Obok licznych i oczywistych zalet, komunikacja internetowa ma też wady. Dwie z nich wydają się być najbardziej dotkliwe Na forach, grupach dyskusyjnych, Facebooku, można napisać każdą bzdurę. Pół biedy, jeśli chodzi o poglądy, idee. W końcu jesteśmy ludźmi wolnymi, mamy prawo do własnego „ja” i możemy uważać o świecie, co sobie żywnie zechcemy. Z publikowanymi przez nas poglądami inni wolni ludzie z prawem do własnego „ja” mogą się zgadzać lub nie zgadzać i dawać temu wyraz. Ten proces dyskusyjny dzięki Internetowi mógłby stać się dużo łatwiejszy, niż kiedykolwiek wcześniej. Gorzej, gdy bzdura dotyczy faktów. I nie mówię tu tylko o świadomych kłamstwach rozgłaszanych w celu przeinaczania rzeczywistości, choć i takie zjawisko jak wiemy ma miejsce. Ponieważ Internet nie ma „cenzury”, ani „redaktorów merytorycznych” (tradycyjne media zdają się ostatnio też ich nie mieć), to sprostowanie bzdur pozostaje w rękach i chęciach internautów.

Ale jest druga cecha internetowej komunikacji. Nazwijmy ją skłonnością do agresji. Na forach, grupach, stronach, czatach niezwykle łatwo dochodzi do „pyskówek”, wymiany obelg, wzajemnego obrażania i obrażania się. Odstrasza to wiele cennych osób od korzystania z tej formy dialogu, powoduje, co jakiś czas spektakularne odejścia z for niektórych użytkowników.

Czytaj więcej: "Zanim naciśniesz ENTER..."

Dni Otwarte Muzeum II Wojny Światowej

Muzeum II Wojny Światowej – początek czy koniec?

W dniach 28 i 29 stycznia Muzeum II Wojny Światowej otworzyło w ramach „Dni Otwartych” swoje podwoje dla zwiedzających. 2000 gości miało szansę zapoznać się z wystawą główną ukończoną nieomalże w całości. Byłem jednym ze szczęśliwców, któremu udało się zarezerwować bilet wstępu.

fot. Katarzyna Kalita

Ulokowana w podziemiu ekspozycja zajmuje olbrzymią, bo licząca 5000 m kwadratowych powierzchnię. Dzieli się na trzy rozbudowane ciągi narracyjne – pierwszy to „Droga do wojny”, kolejny „Groza wojny” i wreszcie „Długi cień wojny”. Stanowią one umiejętnie przedstawioną opowieść, w której zwiedzający najpierw ma możliwość zapoznać się z genezą wojny (świetnie poprowadzony wątek I wojny światowej i traktatu wersalskiego), z gęstniejącą atmosferą w państwach europejskich wynikającą z nierozwiązania wielu problemów społecznych i wreszcie z narodzinami totalitaryzmów w Niemczech, Włoszech, Hiszpanii i Związku Radzieckim. Nie pominięto również istniejących konfliktów w takich krajach jak Japonia i Chiny. Przechodząc przez kolejne sale wystawy, stykamy się z poszczególnymi zagadnieniami składającymi się na całość tego globalnego konfliktu, jakim była II wojna światowa. Poznajemy kolejne fazy komplikowania się sytuacji politycznej – od nieudolnych prób ratowania spokoju świata w Monachium aż do kumulacji 1 września i wybuchu wojny. Dowiadujemy się o genezie i przebiegu mało znanej „wojny zimowej” pomiędzy Związkiem Radzieckim a Finlandią i widzimy jak przypieczętowany został los państw bałtyckich. Wędrując po kolejnych salach, dostrzegamy złożoność całego konfliktu i jego absolutnie destrukcyjny, totalny charakter. Warta podkreślenia jest przekonująca narracja, wedle której za wybuch wojny odpowiadają głównie dwa totalitaryzmy, radziecki i hitlerowski, działające na początku w ścisłej koalicji.

fot. autor

Ukazuje nam się wojnę nowego typu, której ostrze skierowane jest przede wszystkim przeciw ludności cywilnej i przybiera kształt systemu mającego na celu eksterminację całych narodów. Idąc od sali do sali, stykamy się ze wszystkimi potwornościami wojny, w której nie ma miejsca na litość; dowiadujemy się o okupacji i towarzyszącej jej, niestety, kolaboracji; patrzymy na wszechobecny terror, przygotowania do zagłady i czystek etnicznych, a potem na zimną ich realizację; widzimy twarze ludzi, których już nie ma i którzy nie mogą się poskarżyć. Dowiadujemy się też o rosnącym i coraz bardziej zorganizowanym oporze w Polsce i Europie, o próbach zawiązania koalicji antyhitlerowskiej i osamotnieniu Polski wynikającym z faktu, że była ofiarą obu najeźdźców, z których jeden stał się koalicjantem w walce z drugim. Obserwujemy następnie powolny schyłek III Rzeszy wynikający ze skoordynowanych działań koalicji i patrzymy na koniec wojny, która dla jednych oznaczała radość i triumf, zaś dla innych (także dla Polaków) – poczucie końca dramatu i narodziny czegoś nieznanego, ale groźnego. Na zakończenie oglądamy okres „zimnej wojny”, który skutkował kolejnym podziałem Europy, mającym swój kres dopiero w roku 1989.

Czytaj więcej: Dni Otwarte Muzeum II Wojny Światowej