PIS nie bierze jeńców.

Dzisiaj w Gdańsku odbędzie się strajk Rodziców przeciwko zmianom w szkole wprowadzanym przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. Pomimo miażdżących opinii fachowców, podstaw programowych całkowicie oderwanych od rzeczywistości, których wręcz kompromitujący kształt zauważył, między innymi Komitet Edukacji Polskiej Akademii Nauk - walec pchany przez minister Zalewską, tym razem przejedzie się po polskich szkołach. Obietnica likwidacji gimnazjów, składana podczas kampanii wyborczej, została spełniona. Polski system edukacji położony został pod nóż jako kolejny symbol, dzięi któremu Prawo i Sprawiedliwość chce pokazać swoim wyborcom determinację, zdecydowanie i iście bolszewicką bezkompromisowość. Nie ma znaczenia jakość, kontynuacja, dobro dzieci czy wreszcie otwartość i nowoczesność systemu dająca młodym ludziom chociażby szansę rywalizacji na europejskich rynkach pracy. To akurat jest, niestety, wyraz konsekwencji z jaką Jarosław Kaczyński i jego partia zmierza do zamknięcia Polski w szklanej kuli konserwatyzmu, wciąż niespełnionych marzeń o potędze, chociażby tej małej, ograniczonej zaledwie z jeden strony Bałtykiem a z drugiej Morzem Czarnym... Poseł Kaczyński nie zauważa jednak, że przytupując w miejscu, pokrzykując od czasu do czasu bojowo - cofa nasz kraj o kilkanaście lat, Rumunia a za niedługo także Bułgaria zaczną się stawać bardziej wiarygodnymi partnerami do współpracy niż wciąż ofuknięta, z wiecznymi pretensjami Polska.

Dzisiaj nasz kraj staje się areną igrzysk, gdzie po jednej stronie stoją szeregi współczesnych hunwejbinów zarządzanych przez jednego wodza, nie zważających na nic - przekonanych, że skoro wygrali wybory to w imię przekonania, że zwyciężca bierze wszystko, nie znają ani kordonów ani granic i biorą całość, jak popadnie - zawłaszczając Polskę na wyłączność. Komu się nie podoba może co najwyżek siedzieć cicho i nie przeszkadzać. Po drugiej stronie gromadzi się armia niezadowolonych i wciąż będących w szoku, że tak szybko i skutecznie można zniszczyć świat, w którym, wydawało się, po wielu latach wyrzeczeń i bolesnych zmian, znalazło się w miarę bezpieczne miejsce na ziemii. Gdzie własną pracą i wyrzeczeniami można było budować plan na dobrą przyszłość dla najbliższych. Tą armią dowodzi szereg dowódców, z których każdy ma swój pomysł na potyczkę z władzą a wojsko składa się z rzeszy ludzi, z których znaczna część, co prawda wie już, że coś nie gra, ale jeszcze się łudzi, że uda się obronić w tym ogólnym bałaganie - swój własny, wewnętrzny porządek. Stąd też brak determinacji i częste przekonanie, że co prawda rząd Prawa i Sprawiedliwości należy wyrzucić na śmietnik historii, to jednak jest szansa jakoś doczekać do najbliższych wyborów i tam, co się da - zmienić.

Czytaj więcej: PIS nie bierze jeńców.

Dni Otwarte Muzeum II Wojny Światowej

Muzeum II Wojny Światowej – początek czy koniec?

W dniach 28 i 29 stycznia Muzeum II Wojny Światowej otworzyło w ramach „Dni Otwartych” swoje podwoje dla zwiedzających. 2000 gości miało szansę zapoznać się z wystawą główną ukończoną nieomalże w całości. Byłem jednym ze szczęśliwców, któremu udało się zarezerwować bilet wstępu.

fot. Katarzyna Kalita

Ulokowana w podziemiu ekspozycja zajmuje olbrzymią, bo licząca 5000 m kwadratowych powierzchnię. Dzieli się na trzy rozbudowane ciągi narracyjne – pierwszy to „Droga do wojny”, kolejny „Groza wojny” i wreszcie „Długi cień wojny”. Stanowią one umiejętnie przedstawioną opowieść, w której zwiedzający najpierw ma możliwość zapoznać się z genezą wojny (świetnie poprowadzony wątek I wojny światowej i traktatu wersalskiego), z gęstniejącą atmosferą w państwach europejskich wynikającą z nierozwiązania wielu problemów społecznych i wreszcie z narodzinami totalitaryzmów w Niemczech, Włoszech, Hiszpanii i Związku Radzieckim. Nie pominięto również istniejących konfliktów w takich krajach jak Japonia i Chiny. Przechodząc przez kolejne sale wystawy, stykamy się z poszczególnymi zagadnieniami składającymi się na całość tego globalnego konfliktu, jakim była II wojna światowa. Poznajemy kolejne fazy komplikowania się sytuacji politycznej – od nieudolnych prób ratowania spokoju świata w Monachium aż do kumulacji 1 września i wybuchu wojny. Dowiadujemy się o genezie i przebiegu mało znanej „wojny zimowej” pomiędzy Związkiem Radzieckim a Finlandią i widzimy jak przypieczętowany został los państw bałtyckich. Wędrując po kolejnych salach, dostrzegamy złożoność całego konfliktu i jego absolutnie destrukcyjny, totalny charakter. Warta podkreślenia jest przekonująca narracja, wedle której za wybuch wojny odpowiadają głównie dwa totalitaryzmy, radziecki i hitlerowski, działające na początku w ścisłej koalicji.

fot. autor

Ukazuje nam się wojnę nowego typu, której ostrze skierowane jest przede wszystkim przeciw ludności cywilnej i przybiera kształt systemu mającego na celu eksterminację całych narodów. Idąc od sali do sali, stykamy się ze wszystkimi potwornościami wojny, w której nie ma miejsca na litość; dowiadujemy się o okupacji i towarzyszącej jej, niestety, kolaboracji; patrzymy na wszechobecny terror, przygotowania do zagłady i czystek etnicznych, a potem na zimną ich realizację; widzimy twarze ludzi, których już nie ma i którzy nie mogą się poskarżyć. Dowiadujemy się też o rosnącym i coraz bardziej zorganizowanym oporze w Polsce i Europie, o próbach zawiązania koalicji antyhitlerowskiej i osamotnieniu Polski wynikającym z faktu, że była ofiarą obu najeźdźców, z których jeden stał się koalicjantem w walce z drugim. Obserwujemy następnie powolny schyłek III Rzeszy wynikający ze skoordynowanych działań koalicji i patrzymy na koniec wojny, która dla jednych oznaczała radość i triumf, zaś dla innych (także dla Polaków) – poczucie końca dramatu i narodziny czegoś nieznanego, ale groźnego. Na zakończenie oglądamy okres „zimnej wojny”, który skutkował kolejnym podziałem Europy, mającym swój kres dopiero w roku 1989.

Czytaj więcej: Dni Otwarte Muzeum II Wojny Światowej

Do demokracji się dorasta

Jaki jest stan naszej zbiorowej świadomości?

Lilia Obrocka

Właśnie się przekonaliśmy, co osiągnęliśmy, gdy zamiast całej prawdy o polskich realiach po 89 r, wszystkie dotychczas rządzące demokratyczne ekipy usiłowały wcisnąć ludziom jednostronny, wyłącznie „dobry wizerunek” naszej gospodarki i demokracji. Dziś, bez owej prawdy, nawet największa komunikacyjna sprawność, ani najlepsze metody „zarządzania konfliktem” (żeby nie powiedzieć „manipulacji”) nie wystarczą na uratowanie demokracji.

Do demokracji się dorasta (lub nie). To nie jest kwestia czysto intelektualnego wyboru spośród różnych ustrojowych opcji, do którego można namówić. To stan świadomości, efekt dojrzałości umysłu i „serca”, jaką się osiąga w procesie indywidualnego rozwoju. Mówiąc metaforycznie, od chwili narodzin niejako wznosimy się na kolejne „szczeble” rozwojowej drabiny, co całkowicie zmienia nasz świat: potrzeby, uczucia, motywacje, wartości, postawy moralne, systemy przekonań, zachowania ekonomiczne, stosunek do polityki i wszystkie inne aspekty osobowości. Bez tej dojrzałości niektóre demokratyczne idee wydają się groźne, albo co najmniej mentalnie obce. Planując zatem nasze edukacyjne cele, możemy co najwyżej liczyć na uaktywnienie ludzi dotąd politycznie obojętnych lub niezdecydowanych. Zagłosują zgodnie ze stanem swojej świadomości i życiowego bilansu. Jeżeli będą młodzi, a my będziemy dla nich wiarygodni, może szybciej dojrzeją…

Nie chodzi zatem wyłącznie o ustrojowe instytucje. Wszystkie wartości przekonania i cele rodzą się w ludzkich głowach. Nie jakiś abstrakcyjny PiS, lecz konkretne osoby podzielają nasze polityczne racje albo je odrzucają. Politycy wszystkich opcji, tak jak ich wyborcy, do społecznego życia wnoszą swoją wiedzę, marzenia, lęki, osobiste ambicje, współczucie i troskę o innych, ale i głupotę, egoizm, kłamstwa, manipulacje – także polityczną przemoc. Przez polityczną poprawność i kalkulacje unika się jednak publicznie i głośno wyrażanej refleksji nad stanem naszej świadomości. A taka refleksja jest bezwzględnie konieczna, żeby zrozumieć fundamentalne przyczyny społecznych konfliktów i móc zmierzyć się z nimi.

Czytaj więcej: Do demokracji się dorasta

Dotyk zła?

Dotknięcie PRL-u

Jednym z ulubionych manewrów PIS-u jest zarzucanie przeciwnikom związków z PRL-em. Okazją do dyskredytacji może być wszystko – epizod pracy w jakiejś PRL-owskiej instytucji albo to, że w takiej instytucji pracowali członkowie bliższej lub dalszej rodziny, albo jakaś wypowiedź sprzed lat. Dyskredytowani są nawet ci, którzy – w przeciwieństwie do zdecydowanej większości działaczy i zwolenników PIS-u – z PRL-em naprawdę walczyli i to na pierwszej linii, bo na przykład zdarzało się im (jak na przykład Kuroniowi) rozmawiać z oficerami SB na przesłuchaniach. Gdy kogoś uda się PRL-em naznaczyć, wówczas nic innego się nie liczy (oczywiście w oczach zwolenników PIS-u, ale, niestety, również wielu innych ludzi). Łatwo upowszechnia się taki punkt widzenia, w którym cokolwiek by ktoś taki teraz nie robił, jakimikolwiek pobudkami by się nie kierował, to wszystko nie ma znaczenia, ponieważ dotknięcie PRL-u zostawia plamę nie do zmycia.

Oczywiście, w tej PiS-owskiej taktyce jest mnóstwo hipokryzji, bo wiadomo dobrze, że wielu czołowych działaczy tej partii ma za sobą przeszłość nie tylko w PRL-u, ale wręcz w partii komunistycznej. Najgłośniejszym przykładem jest oczywiście PRL-owski prokurator, poseł Piotrowicz, jedna z najbardziej odrażających postaci w ogólnie mało pociągającej galerii działaczy i działaczek tej partii. Nie to jest jednak przedmiotem tego artykułu. Zastanawiam się, dlaczego tak łatwo takie oskarżenie rzucić i tak trudno jest się przed nim obronić. Odpowiedź znajduję w karykaturalnym obrazie PRL-u, który z niezwykłą konsekwencją jest u nas malowany od roku 1989 w mediach, literaturze, filmie, szkolnych podręcznikach. Ten obraz jest tak spójny i sugestywny, że wypiera i zaciera wspomnienie o tym, jak było naprawdę. Wypiera u tych, którzy własnych wspomnień nie mają, bo są za młodzi (oni swoją wiedzę na ten temat czerpią w głównej mierze z mediów), zaciera zaś u starszych, bo własne wspomnienia z upływem czasu blakną i ustępują miejsca przekazom medialnym, zawsze świeżym i aktualnym.

Karykaturalność obrazu PRL-u polega na tym, że jest on malowany wyłącznie czarną farbą. PRL jawi się w nim jako kraj zniewolenia, występku, zbrodni i kłamstwa ze strony aparatu państwowego, oporu ze strony społeczeństwa oraz biedy i braków rynkowych. Znajduje to doskonałe wsparcie w pojedynczych, do znudzenia powtarzanych kadrach: człowieka rozjeżdżanego policyjną ciężarówką podczas zamieszek w 1982 roku w Lubinie, pustych półek w sklepach, młodej dziewczyny, Inki, zamordowanej przez UB. Obraz ten jednak jest  bardzo jednostronny. PRL bowiem nigdy nie był monolitem. Zmieniał się wraz z upływem czasu, stopniowo coraz bardziej się liberalizując i – powoli, ale jednak – rozwijając. Osądzanie całego okresu przez pryzmat lat stalinowskich jest grubym nadużyciem –  w latach 70-tych czy 80-tych nie było tortur, masowych represji czy zbrodni sądowych, a nawet istniała jakoś tam przez Państwo tolerowana (choć nielegalna) działalność opozycyjna. Nie chcę przez to PRL-u usprawiedliwiać, oczywiście był państwem totalitarnym, stosował represje wobec przeciwników, ale w latach późniejszych z różnych względów traktował to jako ostateczność.

Czytaj więcej: Dotyk zła?

Konwencja antyprzemocowa - dlaczego trzeba jej bronić

Czym jest tzw. konwencja antyprzemocowa i dlaczego warto „stanąć za nią murem”


Z niepokojem przyjąłem informację o wpłynięciu wniosku o wypowiedzenie przez Polskę tzw. konwencji antyprzemocowej. Trzeba powiedzieć wprost, że gdyby tak się wydarzyło byłby to kolejny istotny krok wstecz dokonany w okresie, mniej więcej, ostatnich 12 miesięcy. Aby zrozumieć dlaczego warto „stanąć murem” w obronie tzw. konwencji antyprzemocowej należy przybliżyć czym jest ta konwencja, komu a także czemu ma służyć:
Otóż tzw. konwencja antyprzemocowa, a dokładnie Konwencja Rady Europy (tej samej, w ramach której zawarta została Konwencja o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności z 1950 r.) o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, została uchwalona stosunkowo niedawno w 2011 r. w Stambule, jako akt cywilizowanego świata mający na celu przeciwdziałanie takiej przemocy.
Tutaj należy wspomnieć, iż według statystyk problem przemocy w rodzinie w Polsce nie występuje tak często jak w niektórych państwach Europy Zachodniej, dotyczy on statystycznie co piątej Polki. To kobiety są zazwyczaj ofiarami przemocy. Należy pamiętać, iż powyższe statystyki nie obejmują wielu przypadków przemocy, ponieważ jej ofiary często są zastraszane, zapadają w depresję i ukrywają swoje problemy przed światem zewnętrznym, nie powiadamiają odpowiednich podmiotów, żyją same z problemem. Może to wynikać także z małej świadomości ofiar takiej przemocy co do możliwości podjęcia stosownych kroków, obrony swych praw i uzyskania pomocy. Ponadto system pomocy w takich sytuacjach zwykł być  zanadto zdecentralizowany, co utrudniało dotarcie do właściwej instytucji.
W Polsce tzw. konwencja antyprzemocowa została podpisana w 2012 r. ratyfikowana została w 2015 r. Konwencja w sposób kompleksowy reguluje kwestie związane z przeciwdziałaniem przemocy domowej i definiuje jej najróżniejsze formy. Jeszcze przed ratyfikacją konwencji środowiska prawicowe i kościelne zareagowały na nią w sposób alergiczny i przedstawiły jako główne zagrożenie „Polskości” i „Naszej cywilizacji”. Najgorszym przekleństwem, którego dopatrują się w konwencji „obrońcy ojczyzny” są jej założenia dotyczące określenia przyczyn powstania przemocy. Według konwencji u podstaw przemocy leżą często funkcjonujące w społeczeństwach stereotypy co do społecznej roli kobiety i mężczyzny. Posługując się zdrowym rozsądkiem należy zgodzić się z takim podejściem, nie ma bowiem wątpliwości, że istnieją różne tradycje i stereotypy zakładające np. niższość kobiety wobec mężczyzny (np. w krajach arabskich, ale nie tylko). W wielu rodzinach funkcjonuje nadal model rodziny, znany sprzed lat, w którym pater familias, czyli ojciec rodziny, miał władzę, wydawał polecenia i do tych poleceń każdy musiał się zastosować. Mógł przy tym stosować różne formy nacisku i wymuszenia, w tym przemoc.

Czytaj więcej: Konwencja antyprzemocowa - dlaczego trzeba jej bronić