Religia i ateizm - razem, na zawsze...

Trochę słów o religii

"Każdy ma prawo do wolności myśli, sumienia i religii. Prawo to obejmuje wolność zmiany religii lub światopoglądu oraz wolność uzewnętrzniania, indywidualnie lub wspólnie z innymi, publicznie lub prywatnie, swej religii lub światopoglądu poprzez uprawianie kultu, nauczanie, praktykowanie i uczestniczenie w obrzędach."

Art.10 ust.1 Karty Praw Podstawowych UE

 

                Nie można niczego nie komunikować, bo nawet milczenie jest pewnym komunikatem. Tak samo nie można w nic nie wierzyć, bo nawet zakładanie, że coś nie istnieje, jest pewną wiarą. Można jednak stworzyć społeczeństwo bez religii, jeśli zaknebluje się ludziom usta, jeśli zabroni się im komunikowania słowem i gestem tego, w co wierzą, jeśli zabroni się im jawnego życia w sposób, który sami dla siebie wybrali. Religijność, choć często wymaga wręcz od człowieka swego upublicznienia, jest moim zdaniem w gruncie rzeczy sferą równie intymną jak seksualność, a więc uderzenie w tę sferę szyderczym słowem lub przymusem do zachowania, którego człowiek wykonywać nie chce, uderza w godność tego człowieka w sposób totalny i bardzo często niewyobrażalnie bolesny. Można również stworzyć społeczeństwo jednej religii i jednego wyznania, jeśli zaknebluje się ludziom usta, jeśli zabroni się im komunikowania słowem i gestem tego, w co naprawdę wierzą, jeśli odmówi się im prawa wyboru i samodzielnego myślenia. Wizja państwa wyznaniowego, państwa, w którym tylko jedno wyznanie religijne traktowane jest jako właściwe i pożądane, przeraża mnie. Ale przeraża mnie również wizja państwa antyreligijnego, państwa, w którym każde wyznanie religijne spychane jest do podziemia, do własnych czterech ścian za drzwiami zamkniętymi na resztę świata, w którym uczucia religijne człowieka i jego duchowe potrzeby nic nie znaczą. Te dwie wizje przerażają mnie tym bardziej, że znam trochę ludzką naturę i wiem, jak łatwo jest ludziom odbijać się od ściany do ściany, jak łatwo jest im z jednej skrajności popaść w drugą, równie przerażającą.

Chrześcijaństwo jest w moich oczach przede wszystkim ideą człowieczeństwa. Jeśli Bóg jest człowiekiem, to człowiek jest bogiem, a więc w pewnym sensie doskonałością, kimś, kogo godność wznosi się ponad idee i nawet w ich imieniu nie powinna zostać podeptana. Kiedy myślę o chrześcijaństwie, to widzę proboszcza z katolickiej parafii, w obrębie której przyszło mi się wychowywać, który pewnego sylwestra po gościnie w moim rodzinnym domu, gdy jeszcze byłam dzieckiem, podając mi dłoń na pożegnanie, powiedział: „Bądź dobra.” Tylko tyle i aż tyle. Piękno chrześcijaństwa zachwyca mnie i życzę sobie widzieć je w sobie oraz wokół siebie każdego dnia.

Buddyzm jest w moich oczach przede wszystkim ideą spokoju. Jeśli wyrzeczenie się swoich egoistycznych pragnień uwalnia od cierpienia, to osiągnięcie przez człowieka pełnego spokoju wewnętrznego jest błogosławieństwem, nie tylko dlatego, że on sam przestaje cierpieć, ale przede wszystkim dlatego, że w stanie, w którym niczego już nie pragnie i niczego nie potrzebuje, nie krzywdzi już absolutnie nikogo. Kiedy myślę o buddyzmie, to widzę mojego znajomego buddystę, z którym wielokrotnie prowadziłam długie i przyjemne rozmowy o tematyce egzystencjalnej, podczas wielogodzinnych spacerów po przepięknych, lecz nieco dzikich obszarach Gdańska i Sopotu. Piękno buddyzmu zachwyca mnie i życzę sobie widzieć je wokół siebie każdego dnia.

Islam jest w moich oczach przede wszystkim ideą posłuszeństwa. Jeśli człowiek całkowicie poddaje się woli Boga, to dochowuje posłuszeństwa osobom sprawiedliwym, lecz jednocześnie potrafi buntować się wobec nieprawych. Taki człowiek wie, czym jest prawdziwa lojalność. Kiedy myślę o islamie, to widzę młodą dziewczynę, która miała odwagę dokonać konwersji na tę religię w naszym antysemickim kraju i powiedziała mi kiedyś, że bez względu na to, w co wierzę i co czynię, nikt nie ma prawa mówić, że będę potępiona, bo tylko Bóg wie, co mam w sercu. Piękno islamu zachwyca mnie i życzę sobie widzieć je wokół siebie każdego dnia.

Judaizm jest w moich oczach przede wszystkim ideą życia. Jeśli na mocy świętego przymierza człowiek może oczekiwać boskiej opieki w zamian za wypełnianie boskich nakazów, to troszczy się o swoje życie, które daje mu możliwość służenia Bogu w świecie, ale także szanuje każde inne życie, gdyż pochodzi ono od Stwórcy bytu. Kiedy myślę o judaizmie, to widzę rabina, który powiedział mi kiedyś, że człowiek może zbliżyć się do Boga tylko poprzez zbliżanie się do swego bliźniego, ponieważ Bóg, mimo iż wszechobecny, przede wszystkim trwa w człowieku. Piękno judaizmu zachwyca mnie i życzę sobie widzieć je wokół siebie każdego dnia.

Ateizm jest w moich oczach przede wszystkim ideą bezinteresowności. Jeśli za krzywdzenie innych nie będzie żadnej kary, a za pomaganie im nie będzie żadnej nagrody, to jedynym powodem pomagania bliźniemu i wystrzegania się krzywdzenia go jest czysty odruch serca, prawdziwie bezinteresowne miłosierdzie. Kiedy myślę o ateizmie, to widzę mojego byłego promotora, który nad życie kocha swoje córki i martwi się o to, co w niedalekiej przyszłości usłyszą w szkole na lekcjach przymusowej religii, czy jakaś zakonnica nie powie im, że pójdą do piekła. A mnie piękno ateizmu zachwyca i życzę sobie widzieć je wokół siebie każdego dnia.

Czytaj więcej: Religia i ateizm - razem, na zawsze...

Ważny głos w dyskusji...

Kontrowersyjna twarz niekontrowersyjnego projektu

Lilia Obrocka

 

Spór wokół bezwzględnego zakazu aborcji, chwilowo nieco przygaszony, wcześniej czy później powróci. Nowy projekt radykalnych antyaborcyjnych środowisk, który czeka na decyzję PiS-u w Komisji ds. Petycji, określany jest jako mniej kontrowersyjny, gdyż nie przewiduje karania dokonujących aborcji kobiet. Trudno się z tym zgodzić, gdy jednocześnie wprowadza całkowity zakaz sprzedaży środków o działaniu poronnym lub antyimplantacyjnym. W myśl jego zapisów, tabletka „dzień po”- legalna dziś - byłaby już niedostępna.

Można by pomyśleć, że projektodawcy zatroskani są losem rodzin, na które spadną ciężary przymusowego trudnego rodzicielstwa, podtrzymują bowiem zapis, w myśl którego organy administracji rządowej oraz samorządu terytorialnego będą „zobowiązane zapewnić pomoc materialną i opiekę dla rodzin wychowujących dzieci dotknięte ciężkim upośledzeniem albo chorobą zagrażającą ich życiu, jak również matkom oraz ich dzieciom, gdy zachodzi uzasadnione podejrzenie, że do poczęcia doszło w wyniku czynu zabronionego”. Tyle, że w nowym projekcie wciąż ani słowa nie ma o tym, jak taka pomoc miałaby wyglądać, i nic mi nie wiadomo, by zmieniło się jego uzasadnienie. Warto więc dodać, że w poprzednim widniało zapewnienie, iż projekt „nie pociąga za sobą obciążenia budżetu państwa lub budżetów jednostek samorządu terytorialnego”. Zdrowy rozum każe zadać pytanie, jak w tej sytuacji jakość instytucjonalnej pomocy oraz opieki może odbiegać znacząco od dotychczasowej. Bez odpowiedzi z pewnością pozostaną też inne niewygodne pytania: Ilu więcej ojców będzie bezkarnie zalegać z alimentami? Ilu wystraszonych, zmęczonych, albo znudzonych przymusowym trudnym ojcostwem odfrunie do łatwiejszego życia? Ilu, pod osłoną przełożonych, ucieknie od swych powinności i wstydu do odległej parafii?

Czytaj więcej: Ważny głos w dyskusji...

Czy do demokracji się dorasta?

Andrzej Remiszewski

CZY DO DEMOKRACJI SIĘ DORASTA?

Stwierdzenie takie zawiera w tytule swego artykułu z 16 stycznie Lilia Obrocka[i]. A poniżej zadaje ważkie pytanie: Jaki jest stan naszej zbiorowej świadomości? Trudno zaprzeczyć sensowi zastanawiania się nad tymi kwestiami.

Tekst kończy się stwierdzeniem, że, cyt.: „to, czego naprawdę nam brak, to właściwa równowaga między polityką i rynkiem, między państwem, a obywatelem. Cień szansy na tę równowagę jest tylko przy silnej demokracji”.

I z tą konkluzją nie sposób się nie zgodzić. Ale cała droga do tej konkluzji to seria stereotypów, uproszczeń albo stwierdzeń, delikatnie mówiąc wątpliwych.

Teza pierwsza: wszystkie ekipy usiłowały wcisnąć ludziom wyłącznie pozytywny wizerunek naszej gospodarki i demokracji. Można by to odwrócić: wszystkie opozycje oraz prymitywne, goniące za sensacją media usiłowały wcisnąć ludziom wyłącznie negatywny wizerunek rzeczywistości. Myślę, że to wystarczająco obnaża słabość tezy, rola rządzących jest samochwalić się, rolą opozycji krytykować, rolą mediów powinno być, a nie jest, edukować, w tym obnażać kłamstwa jednych i drugich.

Teza druga: Wszystkie wartości przekonania i cele rodzą się w ludzkich głowach. Nie jakiś abstrakcyjny PiS, lecz konkretne osoby podzielają nasze polityczne racje albo je odrzucają.

Pis nie jest abstrakcyjny, pis (świadomie małymi literami!) posługując się kłamstwem buduje określoną świadomość w tych wspomnianych głowach ludzkich. Czyni to nieuczciwie, traktując jako narzędzie, a nie realną ideę, program. Problem jest inny: z jakiegoś powodu pisy na całym świecie zdobywają poklask i akceptację większą, niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich 80 lat.

I w tym zakresie teza jest wartościowa, warto dalej zastanawiać się nad przyczynami tego stanu rzeczy.

Teza trzecia: wstrząsające oskarżenie neoliberalnej wersji współczesnego kapitalizmu. To wymaga bardzo obszernej polemiki. Najkrócej mówiąc: ustroje gospodarcze się zmieniają. Żeby pozostać tylko przy kapitalizmie, to warto zauważyć, że XIX-wieczny kapitalizm, jaki opisano w literaturze i filmie (przykład „Ziemia Obiecana” ale i socrealizm) nie istnieje od bardzo dawna. Zda się, nikt nie zauważył, że skończył się także kapitalizm XX-wieczny. Rozwój technologiczny i różne inne zmiany zachodzące w świecie spowodowały jego nieadekwatność, wobec czego jako najdoskonalszy ze znanych ustrojów gospodarczych przechodzi on okres modernizacji. Alternatywą tej ewolucji jest rewolucja – tego chcemy?

Teza czwarta: powszechne przekonanie, iż nic lepszego od kapitalizmu i jego wolnego rynku nie wymyślono, że demokracja i kapitalizm idą z sobą w parze, jest z gruntu fałszywe.

Czytaj więcej: Czy do demokracji się dorasta?

Moje dojrzewanie do protestów.

 

MOJE DOJRZEWANIE DO PROTESTU

Chcąc opisać, to co obecnie dzieje się w Polsce nie używam wobec nikogo słów obraźliwych, staram się zachować dystans, wyważam każde słowo bo nie chcę być oskarżany o prowokację. Czasem puszczają mi nerwy, hamuję się jednak gdy czuję, że emocje wzrastają zanadto. Nie mówię, że chcę obalić tę władzę, bo jest zła. Zawsze dystansowałem się wobec takich wypowiedzi. Staram się patrzeć na wydarzenia neutralnie i obiektywnie nawet wówczas kiedy uczucia podpowiadają coś zupełnie innego.

Pojawiam się na prawie każdej manifestacji i marszu. Czuję się częścią tego rosnącego w siłę ruchu. Początkowo miałem problem ze skandowaniem haseł choć czułem, że niosą ze sobą prawdę. Później jednak szło mi już znacznie lepiej. Było to jak wędrówka ciemnym tunelem, na końcu którego dostrzegłem światło. Gdy tam dotarłem, obiektywizm przestał się liczyć, bo zobaczyłem, jak wygląda rzeczywistość. Zacząłem dostrzegać w sobie mniej radykalnego i bardziej wyważonego w działaniach, ale jednak „małego rewolucjonistę”.

Ale w pewnym momencie coś we mnie pękło... Staram się być na bieżąco z tym, co dzieje się w polityce – zarówno w Sejmie, jak i obok niego (ostatnimi czasy, rzecz jasna). Niektóre tematy nie do końca rozumiem. Ale dostrzegam coś co zaczyna być powszechne w naszej codzienności – to rozlewająca się wszędzie nienawiść. To prymitywne uczucie istnieje wokół nas, kryje się w ludziach, którzy nawet nie starają się zachować pozorów. Pokazują to wprost, a w głowach mają jedynie własne racje i brak poszanowania dla tych, którzy ich nie uznają. Wykluczanie z uwagi na to, co się myśli, jest rzeczą, która smuci mnie najbardziej. To nic innego, jak potępianie czarnego za to, że nie jest białe i białego za to, że nie jest czarne.

Odnoszę wrażenie, że dziś tak właśnie patrzy się na nas. Gdy pokażemy się na ulicy ze znaczkiem KOD-u, jesteśmy wytykani palcami. W pobliżu naszych manifestacji zawsze znajdzie się grupka tych, którzy z pianą na ustach wykrzykują nienawistne hasła i oskarżają nas o to, że jesteśmy byłymi komunistami itp. Władza i media nie robią nic aby tę nienawiść zwalczać. Wręcz przeciwnie – podsyca się ten ogień tylko po to, by nie przygasł, wykorzystuje jako broń do sortowania ludzi na gorszych i lepszych. To świadome działanie mające na celu nastawienie jednych przeciwko drugim. Tylko co dalej? Do czego to zmierza? Do wzbudzania w nas strachu i zniechęcania, byśmy nie wychodzili z domów na manifestacje i marsze? Do pobudzania obawy przed tym, że (z przyzwoleniem władz) będziemy kiedyś atakowani na ulicy w biały dzień i pod okiem kamer?

Czytaj więcej: Moje dojrzewanie do protestów.

"Zanim naciśniesz ENTER..."

Zanim naciśniesz ENTER policz do dziesięciu

Internet, w tym Facebook, to wspaniale medium. Po raz pierwszy w historii świata można skomunikować się w czasie rzeczywistym, bez zwłoki, z każdym człowiekiem, niezależnie od miejsca, gdzie się znajduje. Można uzyskać informację natychmiast i natychmiast można wysłać informację własną. Nie do końca, ale w znacznym stopniu uniezależniliśmy się od dobrej lub złej woli dysponentów informacji i środków jej przekazu.

Od bardzo wielu lat uczestniczę w tym wirtualnym życiu, uczestniczę w takim zakresie, jak mi to jest potrzebne i jak pozwala odporność na współczesne technologie człowieka z poprzedniej epoki. To czas dość długi, by mieć osobiste refleksje na temat komunikacji internetowej. Pozwólcie, że podzielę się nimi z Wami.

Obok licznych i oczywistych zalet, komunikacja internetowa ma też wady. Dwie z nich wydają się być najbardziej dotkliwe Na forach, grupach dyskusyjnych, Facebooku, można napisać każdą bzdurę. Pół biedy, jeśli chodzi o poglądy, idee. W końcu jesteśmy ludźmi wolnymi, mamy prawo do własnego „ja” i możemy uważać o świecie, co sobie żywnie zechcemy. Z publikowanymi przez nas poglądami inni wolni ludzie z prawem do własnego „ja” mogą się zgadzać lub nie zgadzać i dawać temu wyraz. Ten proces dyskusyjny dzięki Internetowi mógłby stać się dużo łatwiejszy, niż kiedykolwiek wcześniej. Gorzej, gdy bzdura dotyczy faktów. I nie mówię tu tylko o świadomych kłamstwach rozgłaszanych w celu przeinaczania rzeczywistości, choć i takie zjawisko jak wiemy ma miejsce. Ponieważ Internet nie ma „cenzury”, ani „redaktorów merytorycznych” (tradycyjne media zdają się ostatnio też ich nie mieć), to sprostowanie bzdur pozostaje w rękach i chęciach internautów.

Ale jest druga cecha internetowej komunikacji. Nazwijmy ją skłonnością do agresji. Na forach, grupach, stronach, czatach niezwykle łatwo dochodzi do „pyskówek”, wymiany obelg, wzajemnego obrażania i obrażania się. Odstrasza to wiele cennych osób od korzystania z tej formy dialogu, powoduje, co jakiś czas spektakularne odejścia z for niektórych użytkowników.

Czytaj więcej: "Zanim naciśniesz ENTER..."