Kilka najważniejszych słów...

Kilka najważniejszych słów...

Magdalena Filiks

Jako że jestem członkiem zarządu Kodu w ciągu ostatnich kilku dni “zatagowano” mnie na FB kilkanaście, albo kilkadziesiąt razy. Oznaczano mnie czasem w związku z pytaniami, czasem w związku z żądaniami, czasem po to, by w drodze manipulacji przyłapać KOD, że jest “taki”, albo “taki”.

Czytałam zarówno, że kobiety życzą sobie wyraźnego poparcia dla liberalizacji ustawy, że kobiety życzą sobie, aby KOD zadeklarował, że Polki chcą utrzymania obowiązującej ustawy, albo też czytałam, że kobiety są wprost przeciwko legalnej aborcji i nawet obowiązującą ustawę uważają za zbyt daleko idącą. Tak. Dokładnie tak czytałam.

Właściwie czytam to od prawie dwóch lat - oskarżana o obojętności, albo ignorancję.
Więc napisze co czuję i myślę w swoim własnym imieniu - bo nikt mi poglądów nie będzie dekretował.
I pierwszy raz napiszę osobiście i tylko w swoim imieniu.

Jestem matką trójki dzieci, w pierwszą ciążę zaszłam w liceum, chwilkę przed egzaminem tzw. dojrzałości :)
Byłam już pełnoletnia na “papierze”, ale wciąż pozostawałam dzieckiem - dość ciężko mi było zdawać w ciąży maturę, dość ciężko mi było zrezygnować ze studiów prawniczych, o których marzyłam, dość ciężko mi było zrezygnować ze sportu, który kochałam i na dodatek miałam talent i wiele sukcesów.
Dość ciężko mi było wyprowadzić się z domu i wziąć na siebie tak wielką odpowiedzialność za siebie i dziecko. Zostałam sama. Bez partnera i bez alimentów. Bez pracy. Wychowana w rodzinie tak bardzo tradycyjnie “katolickiej”, gdzie nie do pomyślenia była ciąża w tym wieku i “bez ślubu”, odczuwałam dodatkowy ciężar.
Właściwie było mi “zajebiście” ciężko.

Dostałam jednak kilka propozycji pomocy od przyjaciół i innych sportowców - propozycji zarówno sfinansowania aborcji, jak i wsparcia. Słuchałam na przemian kazań o odpowiedzialności, ale i kazań o tym, że nie warto marnować życia i talentu w tak młodym wieku.
Nie usunęłam tej ciąży, choć miałam gdzie, za co i po co. To była moja decyzja. Wzięłam za nią w pełni odpowiedzialność.

Czytaj więcej: Kilka najważniejszych słów...

Zmiany w rządzie

Destrukcja i rekonstrukcja

Po 2 latach od przejęcia władzy i niszczenia znacznej części dorobku poprzednich lat 26 widać było, że pisowska władza zaczyna buksować w miejscu. Wywoływała coraz więcej konfliktów wewnętrznych i zewnętrznych, prowokowała różne środowiska do kolejnych protestów, skutecznie zniechęcała do siebie przez nachalną propagandę i kompromitujące wpadki jej funkcjonariuszy. W takich działaniach przodowali głównie: Błaszczak, Kurski, Ziobro, Zalewska, Macierewicz, Radziwiłł, Szyszko i Waszczykowski. Prezes podjął zatem decyzję o rekonstrukcji rządu i ostatni czterej stracili swoje stanowiska (wcześniej została zdegradowana premier).

Cieszyć się z tego i mieć nadzieję na rzeczywiste zmiany dotychczasowej polityki? Hm… Niektórzy uważają, że nic się nie zmieni, póki z tylnego fotela kieruje wszystkim zwykły poseł,

a zmiany personalne to tylko zagrywka zastosowana z myślą o przyszłych wyborach i o wizerunku w Unii Europejskiej. Być może tak jest, ale z oceną trzeba chyba poczekać w myśl biblijnej sentencji „poznacie ich po ich owocach”. Spróbujmy jednak już teraz dokonać wstępnej analizy tego, co się właśnie stało.

Czytaj więcej: Zmiany w rządzie

Osobno czyli razem

Osobno czyli razem ale w jednym kierunku.

18 grudnia na portalu demokratio.pl mój kolega z redakcji Głosu Wolnych opublikował tekst, w którym pragnie rozliczyć wszystkich tych, którzy z jednej strony są zdecydowanymi przeciwnikami obecnej władzy a jednocześnie z drugiej rzadko lub w ogóle nie biorą udziału w organizowanych manifestacjach.

Autor tekstu stara się wymienić przyczyny jakie według niego są powodem takiego stanu rzeczy. Ogólnie rzecz biorąc sprowadzają się one, według niego, do tego, że owi ludzie albo się boją albo im się nie chce. Nie wykluczam, że takie przyczyny występują – jesteśmy tylko ludźmi… Stanowczo jednak protestuję przed takim generalizowaniem i upraszczaniem problemu.

Dwa lata protestów, demonstracji i marszów spełnia swoje zadanie. Nikt przecież chyba nie sądził, że mogą one spowodować zmianę rządów w Polsce. Jedyna szansa pod koniec 2016 roku została bezpowrotnie zmarnowana przez nieudolne decyzje opozycji pozaparlamentarnej. Protesty zasygnalizowały opór społeczny i brak zgody części Obywateli na sposób sprawowania władzy, taką rolę pełnią również dzisiaj. Nie zatrzymały jednak PiS-u w destrukcji i niszczeniu systemu demokratycznego w kraju. Wielu jest przekonanych, że powiedziano już wszystko – totalna władza nie cofnie się ani o krok w niszczeniu dorobku ostatnich 25 lat, a opozycja nie jest w stanie wypracować wspólnej polityki. Z tegoż to powodu trudno jest zakładać dzisiaj powrót do demonstracji o liczebności podobnej do tych z pierwszej połowy 2016 roku. Część ludzi zaczyna być przekonana, że obok demonstracji, nadchodzi czas pracy u podstaw - samokształcenia, sformułowania celów, zmiany retoryki a przede wszystkim podjęcia próby określenia godziwej alternatywy dla rządów PiS. Wielu z wyznających te poglądy sądzi, że trudno odpowiednie wnioski wypracować na ulicy.

Reaktywność ludzi na ulicach nie podlega żadnej dyskusji - wściekłość na poczynania władz, niestety także często skrzętnie ukrywana bezradność i poczucie nieuchronności podejmowanych decyzji powoduje, że tworzy się nieco wyalienowana kasta „protestujących”, porozumiewająca się bez słów i posługująca się nie zawsze zrozumiałą symboliką. Jest przekonana o własnej racji, w sferze werbalnej podkreśla swój związek ze społeczeństwem i jednocześnie odrzuca tych, których owe zasady nie przekonują. Musimy mieć świadomość, że część ludzi, pomimo zbieżnych poglądów, nie jest i nie będzie chętna do partycypacji w tego typu działaniach.

Najgorszym co mogłoby się nam przydarzyć to próba dzielenia ludzi krytycznie nastawionych do obecnej władzy, na „lepszych” i „gorszych”, czytaj: na zaangażowanych i heroicznych oraz tych strachliwych i leniwych. Innymi słowy mówiąc, na tych maszerujących i kibicujących w fotelu w domu. To jest podział fałszywy i głęboko niesprawiedliwy. Właśnie nasza różnorodność, wielorakość działań może stanowić siłę a z pewnością może przysparzać realnych problemów służbom strzegącym dzisiejszego porządku. Może także pomóc znaleźć swoje miejsce kolejnym przeciwnikom reżimu… Jest przecież także duża grupa ludzi, która swoje zdanie wyrazi tylko na kartach do głosowania - nie zakładamy chyba przecież, że kto nie maszeruje to głosuje na PiS? Straszenie konstytucją a więc w praktyce wkładanie ich do jednego worka z Kaczyńskim, Dudą i Szydło jest krzywdzące i nieskuteczne…

Tomasz Bemben

Odpowiedź na odpowiedź

Wszyscy w jednym miejscu

Zanim przejdę do odpowiedzi na Twój tekst, polemiczny wobec mojego „Kiedy przyjdą podpalić dom”, jedno ważne wyjaśnienie. Otóż nie było moim zamiarem rozliczanie kogokolwiek, dzielenie ludzi czy też groźby pod czyimś adresem (chociaż mój tekst zawiera oczywiście oceny). Jeśli tak to odczytałeś, to błąd. Moim celem była próba zdiagnozowania sytuacji, tzn. faktu, że coraz nas mniej na wszelkiego typu ulicznych protestach, chociaż dzieją się rzeczy w gruncie rzeczy przerażające (co miała ilustrować alegoria palącego się domu).

A teraz polemika. Otóż z Twojego tekstu wynika, że ci, którzy nie przychodzą na demonstracje, robią to ponoć dlatego, że oddają się „pracy u podstaw”, samokształceniu i zmianie retoryki. Ale nie jest to przecież prawdą – to są ci sami, którzy krzyczą lub śpiewają pod sądami czy biurami poselskimi PiS-u. Wszystko obraca się w tym samym kręgu osób (niestety!). I między innymi także dlatego uważam, że wciąż ważne jest, aby na ulicach było nas jak najwięcej. Chociażby po to, by zauważyły nas media, a za ich pośrednictwem Europa (zachodnia) i świat (czyli USA).

Piszesz dalej: „Musimy mieć świadomość, że część ludzi, pomimo zbieżnych poglądów, nie jest i nie będzie chętna do partycypacji w tego typu działaniach.”, mając na myśli ich aktywny udział w manifestacjach. To znaczy, że przyjmujesz to za rzecz normalną, bo tak po prostu jest i już (a przecież w lipcu były nas tysiące tysięcy!). A ja właśnie próbuję dowiedzieć się, dlaczego tak jest – to jest ta diagnoza, o której napisałem wyżej.

Być może jest ona nietrafiona, ale sądzę, że i taka jest lepsza niż żadna. Dlaczego? Wyjaśniłem to w swoim poprzednim tekście, teraz powtórzę: bo jeśli dowiemy się, dlaczego nasi znajomi nie chodzą na manifestacje, mamy szansę przekonać ich, że nie ma się czego bać albo że sprawa wymaga jednak ruszenia się z domu.

Problemem istotnym jest teraz „terapia”, czyli właśnie to, jak dotrzeć do takich osób z naszym przekazem i zachęcić do aktywności, a nie tylko czekać na ich udział w wyborach.

Tadeusz Jabłoński

Kiedy przyjdą...

„Kiedy przyjdą podpalić dom, ten, w którym mieszkasz”

Co zrobisz? Czy rzucisz się wraz z innymi, by przegonić podpalaczy i ugasić ogień? Czy też weźmiesz swoje najcenniejsze rzeczy oraz pieniądze i rzucisz się do ucieczki? A potem będziesz czekał na przyjazd straży pożarnej? A może, stojąc na zewnątrz, będziesz trzymał kciuki za sąsiadów, żeby im się udało ugasić pożar?

Takie oto pytania nasuwają mi się ostatnio, kiedy myślę o niektórych moich znajomych i bliskich, którzy szczerze nie znoszą tej władzy i są świadomi jej szkodliwości dla Polski, a jednocześnie nie robią nic lub bardzo niewiele, by to zmienić (dla jasności – nie mam na myśli osób, którym uniemożliwia to wiek lub stan zdrowia). Jak sobie NAPRAWDĘ i przed sobą tłumaczą swoją bierność? Myślę, że warto dowiedzieć się, jaka jest motywacja takich osób, bo wtedy może uda się nam przekonać je do aktywności (np. do udziału w marszach, pikietach, demonstracjach).

Mam tu kilka przypuszczeń (opartych na rozmowach):

  • ważniejsze dla nich są inne, bliższe im sprawy, np. praca, rodzina, kariera, pieniądze;
  • uważają, że sprawa jest już przegrana i nic nie pomogą żadne protesty;
  • usprawiedliwiają się aktywnością na fb lub/i datkami na organizacje prodemokratyczne;
  • liczą, że to jakoś samo się ułoży lub nastąpi jakiś cud;
  • starają się nie myśleć o swojej osobistej odpowiedzialności, bo przecież są inni;
  • nie po drodze im z partiami i organizacjami opozycyjnymi.

Być może tę listę dałoby się wydłużyć, lecz wedle mojej oceny wszystko da się sprowadzić do dwóch PRAWDZIWYCH motywów – do strachu i do lenistwa. Oburzą się pewnie ci, którzy uważają, że Polacy to taki bohaterski, kochający wolność naród. Fakty są jednak dość bezwzględne – w każdym czasie bohaterowie stanowili ułamek procenta społeczeństwa. Było to jednak zrozumiałe w czasach zaborów, okupacji, komunizmu, gdy za czynny opór groziły zsyłki, więzienia bądź śmierć.

Jednak dzisiaj takie represje nie grożą (na razie!). Więcej – artykuł 82. naszej konstytucji nakłada na każdego obywatela obowiązek „wierności Rzeczypospolitej Polskiej oraz troski o dobro wspólne”. Zatem każdy, kto tego nie robi, w gruncie rzeczy popełnia czyn karalny. Niech i to będzie argumentem dla tych, którzy się boją lub którym się nie chce.

Tadeusz Jabłoński