O ochronie ochrony zdrowia

Karolina Janczukowicz

Właśnie zmarł na raka trzustki Bartek. 20 lat temu był jednym z moich pierwszych uczniów. Nie tylko inteligentny, ale sympatyczny, wesoły i choć znaliśmy się krótko, to trzy lata w liceum, kiedy patrzyłam jak się uczy, rozwija językowo i intelektualnie daje mi prawo powiedzieć, że w pewnym sensie znałam go bardzo dobrze. Tak jak w przypadku moich innych uczniów, sprawiało mi radość kiedy dostawałam sygnały o tym jak to Bartek dobrze sobie radzi za oceanem, a potem o jego szczęściu prywatnym; żonie i dzieciach, tym razem już po naszej stronie oceanu. Nie musiałam znać szczegółów, wystarczyła mi świadomość, że jest dobrze.

Szczegóły jego życia poznałam na początku stycznia otwierając od niego wiadomość na messengerze. Myślałam, że oto mój były uczeń wysyła mi życzenia noworoczne; nawet gdy zobaczyłam, że to zbiórka pieniędzy na leczenie – niczego się nie obawiałam, w końcu Bartek nie raz angażował się w rozmaite akcje charytatywne, biegając wiele kilometrów aby wspomóc słuszną sprawę. Dopiero przeczytawszy całą wiadomość od niego ogarnęła mnie zgroza na myśl w jak poważnej sytuacji się znalazł. Od tej chwili zaczęłam poznawać obraz współczesnej walki z rakiem: jak wyglądają najnowsze odkrycia, ale też realia nowoczesnych nierefundowanych terapii.

Traf chciał, że kilkoro innych bliskich mi osób w różnym wieku, różnej płci i narodowości w tej właśnie chwili też się zmaga z innymi postaciami nowotworów. Z jednej strony można by powiedzieć, że jest to najbardziej demokratyczna choroba na świecie – nikogo nie pominie. Czy jednak na pewno jest się równym wobec raka? Można się urodzić w Stanach mieć dobre ubezpieczenie i dostęp do wszystkich nowoczesnych odkryć medycyny. Można też urodzić się w Sudanie i pontonem przeprawiać się przez Morze Śródziemne, bo tylko tak, ma się szansę na wyleczenie.

Można też urodzić się w Polsce, a tu reguły gry są jeszcze inne. Mamy darmową służbę zdrowia, w ramach której jest się niczym w jakiejś loterii śmierci – zdanym na łaskę decyzji NFZ jaki rodzaj raka i pod jakimi warunkami jest refundowany. W związku z tym mamy w pełni funkcjonujący drugi obieg – system zrzutek, składek, akcji, popularyzowania w mediach konkretnych przypadków, a wtedy, zależnie od tego jak rzutkich ma się przyjaciół, można, mieć dostęp do inaczej nieosiągalnych terapii ... albo nie.

Z jednej strony imponuje pomysłowość ludzi, którzy wymyślają ciekawe licytacje przywodzące na myśl Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, kiedy też oddolne zaangażowanie zwykłych ludzi naprawia to co państwo odgórnie zaniedbało. Z drugiej strony, można gorzko pomyśleć o tym samym państwie, które wyjątkowo ochoczo zwalcza takie inicjatywy i opiekę zdrowotną w ogóle, wylewając pomyje nie tylko na WOŚP, ale też na lekarzy rezydentów, pielęgniarki, czy na konkretnych niewygodnych lekarzy.

Gdyby porównać społeczeństwo do żywego organizmu, to wszyscy zaangażowani w ratowanie życia ludzkiego, od strażaków przez lekarzy po organizatorów zbiórek na leczenie, byliby w takim organizmie systemem obronnym, układem immunologicznym, leukocytami itd. Można się zastanowić kim w takim razie są ci, którzy mając pełnię władzy, lekarzy niszczą, służby zdrowia nie dotują, na organizatorów akcji charytatywnych wylewają hejt w państwowych mediach, a chorym pokazują środkowy palec. Czy jest to choroba autoimmunologiczna czy nowotwór?

Mówię oczywiście o całym systemie, nie ludziach, człowiek nie jest ani leukocytem ani komórką rakową, tyle że w świecie gdzie giną przedwcześnie ludzie bo nie mieli dostępu do terapii, chyba czas zrozumieć, że w interesie każdego z nas jest aby zarówno system jak i poszczególni ludzie wspierali opiekę zdrowotną zamiast ją zwalczać.

Aparat słuchowy

Gdyby przyjrzeć się społeczeństwu, jakby to był ludzki organizm, moglibyśmy porównać pewne grupy społeczne do organów wewnętrznych, np. przedsiębiorcy byliby niczym układ pokarmowy – przyczyniając się do wzrostu PKB, umożliwiali wszystkim nam funkcjonowanie, a służba zdrowia, dbałaby o zdrowie chorych komórek organizmu. Czym w takim porównaniu byłoby sądownictwo a czym policja?

Tak jak w żywym organizmie zdarza się, że jego własne komórki atakują inne i trzeba je odkryć i odizolować, tak w społeczeństwie – o zgrozo – jedni ludzie czasem zagrażają albo wręcz niszczą innych. Takim organem do odnajdywania i wyłapywania zagrożenia byłaby oczywiście policja, a mechanizmem decydującym jak najbezpieczniej dla całego organizmu to zagrożenie potraktować – sądy.

Tylko, że tkance społecznej zdarzają się „reakcje alergiczne” – czyli sytuacje gdzie substancje niegroźne są traktowane jak trucizna, jak np. dzieje się w przypadku masowych histerii w poczuciu zagrożenia. Zdarzyć się może sytuacja jeszcze poważniejsza; każdy kto oglądał Dr House’a widział niejednokrotnie jak bohaterowie o mały włos nie giną na jakąś chorobę autoimmunologiczną – gdzie system odpornościowy potraktował tkanki czy organy jak zagrożenie, prawdziwe bądź wymyślone, i zaatakował je z taką zaciekłością, że nieomal zabił cały organizm. Właśnie do takiego mechanizmu można by porównać społeczną skłonność do linczu.

Oburza nas okrucieństwo policji, kiedy śmiertelnie razi prądem Igora Stachowiaka. Czy gdyby jednak był prawdziwym niebezpiecznym przestępcą, a nie ofiarą policyjnej pomyłki – usprawiedliwiałoby to takie traktowanie? Właśnie dlatego, że w momencie łapania przestępcy niczego na 100% nie wiadomo (to jest właśnie „domniemanie niewinności”) policja musi przestrzegać procedur, np. stosować takie środki aby podejrzewanego złapać i doprowadzić do aresztu, a nie się na nim mścić, go poniżać czy też aby podkreślić swój sukces – traktować go nieomal jak Hanibala Lectera z Milczenia owiec

Czytaj więcej: Aparat słuchowy

Wygrani przegrani

Opozycyjny krajobraz po przegranej, europarlamentarnej potyczce wygląda dziś mizernie i mało optymistycznie. Krytyka wyniku (skądinąd słuszna, skoro oczekiwania były tak wysoko postawione) jest chyba po stronie przegranych dużo większa niż poczucie zwycięstwa po stronie wygranych. Pewnie nawet J. Kaczyński nie powiedziałby dziś, że 38,5% to klęska. Jest zbyt pragmatyczny, aby odtrąbić zwycięstwo w jesiennych wyborach i zamiast tego zagrzewa do jeszcze gorętszej walki.

Może więc pora już otrząsnąć się z pobitewnego szoku i wziąć się do roboty? Spojrzeć trzeźwo i krytycznie (ale nie o biadolenie mi chodzi) na wszystko to, na co mieliśmy wpływ i zacząć działać tak, aby najbliższa jesień była wygrana. Jeśli wszyscy (a przynajmniej większość z nas) zgadzają się, że nadchodzące wybory będą faktycznie ostatnią szansą, to trzeba porzucić niesnaski, różnice i podziały. Wiem, że to banał. Ale takie mamy czasy, że „dziś wzywa do działania, na kłótnie będziemy mieli jutro”, jak ktoś słusznie zauważył.

Czytaj więcej: Wygrani przegrani

Co wiemy, czego musimy się dowiedzieć?

Niedawno odbyło się Forum Programowe Koalicji Obywatelskiej. Wielu obserwatorów sceny politycznej rzuciło się do laptopów chcąc na gorąco ocenić propozycje programowe z jakimi wychodzi Koalicja do swoich wyborców. Oni zaś z wyraźnym utęsknieniem wreszcie mają jakąś podstawę do analizowania wartości wyborczych obietnic Koalicji. Pozwolę sobie i ja wtrącić trzy grosze do wielu komentarzy i opinii.

Większość obserwatorów i wyborców uważa, że tylko zjednoczona opozycja ma szanse skutecznej walki z obozem rządowym, potwierdzają to praktycznie wszystkie badania opinii publicznej. Też jestem tego samego zdania ale rodzi się jednak zasadnicze pytanie – czy ta jedność ma być uzyskana za wszelką cenę? Czy poseł Czarzasty opowiadający o zaletach liberalnej gospodarki zwiększa czy zmniejsza wiarygodność koalicji? Podobnie poseł PSL, jako rzecznik państwowego programu in vitro, to wartość dodana czy raczej balast? To są dylematy, które nie zostały rozstrzygnięte i zapewne nie będą. Ja, w każdym bądź razie, nie zamierzam się z nimi mierzyć. Chcę natomiast zwrócić uwagę na parę nowych aspektów wynikających z wniosków po zakończeniu Forum. Uważam, że pojawiły się nowe treści, które odpowiednio wykorzystane, mogą napawać nadzieją.

Czytaj więcej: Co wiemy, czego musimy się dowiedzieć?

„Tylko nie mów nikomu” i co dalej?

Po filmie braci Sekielskich i medialno-politycznej burzy, który spowodował, Kościół zaczął wykonywać pewne ruchy mające zminimalizować jego straty wizerunkowe. Sądzę, że może on pozostać wiarygodny nie tylko dla swoich członków, ale dla ogółu obywateli tylko pod trzema warunkami:

1) bezwzględne wydanie i ukaranie WSZYSTKICH bezpośrednich sprawców przestępstw pedofilskich;

2) wypłata odszkodowań WSZYSTKIM ofiarom tych przestępstw w wysokości zasądzonej przez niezależne sądy;

3) odwołanie WSZYSTKICH biskupów i proboszczów, którzy kryli przestępców (co zgodne jest z nowymi instrukcjami papieża Franciszka).

Tutaj nie wystarczą już przeprosiny hierarchów i prośby o wybaczenie (znaczące, że nawet ci, którzy przepraszali, np. abp Polak i abp Gądecki, odmówili udziału w filmie). Nie wystarczą komisje kościelne czy państwowe, szczególnie takie, które proponuje Ziobro (mająca analizować przypadki pokazane w filmie) lub Kaczyński (badająca przypadki przestępstw seksualnych we wszystkich środowiskach, przede wszystkim wśród murarzy!). To wszystko będą tylko słowa, słowa, słowa, ale już najwyższy czas na czyny.

Czytaj więcej: „Tylko nie mów nikomu” i co dalej?