Kapitał w XXI wieku - część II

Liberalne prawdy i mity: O merytokracji

Lilia Obrocka

Po transformacji ustrojowej 89 roku, narastanie ekonomicznych nierówności w Polsce było najczęściej uznawane za nieunikniony skutek wolnego rynku i niezbyt wygórowaną cenę za spodziewany późniejszy powszechny wzrost dobrobytu. Dopiero 500+, rozdane hojną ręką „dobrej zmiany”, problem polskiej biedy postawiło w centrum uwagi. Rozpętała się ogólnonarodowa dyskusja o tym, na ile decyzja nowej władzy była uzasadniona i odpowiedzialna, na ile podyktowana politycznym cynizmem i populizmem. Przedłużający się spór pokazał, że wygrani w wolnorynkowym wyścigu o ekonomiczny sukces na ogół są skłonni przypisywać swoje zwycięstwo wyłącznie własnym zasługom, zaś porażkę przegranych ich niekompetencji, lenistwu, wyuczonej bezradności itp. Przegrani zaś czują się ofiarami zewnętrznych okoliczności i barier, a winy za ten stan rzeczy upatrują w niekompetencji oraz społecznej niewrażliwości kolejnych rządów. To niebezpieczne zderzenie radości i dumy z frustracją, poczuciem krzywdy i wykluczenia, a w najgorszym wariancie, arogancji oraz pogardy z zawiścią i nienawiścią. Tym bardziej niebezpieczne, że zdajemy się wciąż nie dostrzegać w tego rodzaju emocjach jednej z najważniejszych przyczyn dzisiejszego odwrotu od praworządności i demokracji. Bo niezależnie od cynizmu, osobistych interesów i egoizmów dziś rządzących polityków, ostentacyjna akceptacja ogromnych rzesz ludzi dla ich bezprawnych, siłowych metod rządzenia, dla ostentacyjnego, masowego wyrzucania przedstawicieli starych elit, razem z ich ideologią, filozofią rządzenia i prawem, ma wszelkie znamiona odwetu i zemsty.

Wiele na pierwszy rzut oka oczywistych zjawisk ma także swój mniej oczywisty wymiar. Przyjęło się uważać, że stanowiska i wynagrodzenia powinny być uzależnione od kompetencji, rozumianych jako połączenie inteligencji i edukacji. To istota merytokracji. Jej akceptacja w demokratycznym świecie – jako metodyki organizacji państwa lub firmy oraz jako ideologii determinującej wartość jednostki i uzasadniającej jej status społeczny – wynika z tego, że wydaje się najlepiej godzić postulat równości (w znaczeniu równości szans) z powszechną potrzebą oraz poczuciem sprawiedliwości. W tym miejscu ponownie odwołam się do interpretacji Thomasa Piketty, zawartych w jego książce „Kapitał w XXI wieku” (nawiązuję do mojego tekstu z 12 września, dotyczącego problemu ekonomicznych nierówności – „Wolność, równość, demokracja, a sprawiedliwość społeczna”). A konkretnie do wątku, w którym pokazuje, jak współczesny kapitalizm wykorzystuje pozytywny wymiar merytokracji do uświęcania skrajnych nierówności płacowych.

Czytaj więcej: Kapitał w XXI wieku - część II

Jak żyć?

Każdego dnia walczymy o życie…

AnnKa

Wiele razy zastanawiałam się, jak to jest żyć ze świadomością, że wszędzie czyha na ciebie wróg – w świecie pękających parówek, sztucznych mgieł, bomb termobarycznych; w świecie spisków lekarzy i farmaceutów, którzy stworzyli faszystowski sojusz, aby zniszczyć ludzkość.

Jak to jest, każdego dnia staczać uciążliwą walkę o życie? Idziesz do lekarza z katarem do pasa i kaszlem wypluwającym płuca, a potem pod lampą oglądasz antybiotyk i wchodzisz na fora internetowe, aby dowiedzieć się, że i TAK WIADOMO, iż on cię zabije. Albo chociaż oślepi lub spuchnie ci język i zostanie ci tak na zawsze, i nie będziesz już nigdy w stanie domknąć ust. Bo ta lekarka, co ci go przepisała, jest w zmowie z BiG Farmą uśmiercającą ludzi. Ale ty nie chcesz być trupem, więc nie bierzesz tego. Za to pochłaniasz megadawki witaminy C, która – co udowodnił inżynier Zięba – pomaga na wszystko. Ewentualnie próbujesz oswoić wodę. Słyszałaś bowiem, że ona po jakimś czasie może do ciebie wysyłać impulsy. Trzeba tylko długo i cierpliwie przemawiać, aż usłyszy, bo woda pamięta. I trzeba do niej mówić tylko dobrze. W końcu, gdy już dostajesz bronchitu, bo za późno i za mało przemawiałaś do tej wody, i nie masz siły wstać z łóżka, postanawiasz jednak wziąć ten antybiotyk. Pomaga! Czyli jednak ta woda działa z opóźnieniem! Dziewczyny pisały, że tak też właśnie może być. Jednym pomaga od razu, innym dopiero po „oswojeniu”. Uff! Siadasz i piszesz o tym na forum. Pod postem inżyniera. Ile lajkow i udostępnień! Sam inżynier zalajkował! Teraz już jesteś pewna, że warto prześledzić wszystko. Bo to przecież działa. Całe szczęście, że nie zabił cię ten antybiotyk, ale wiadomo, że to ta woda i witamina C ochroniły przed zagładą.

Czytaj więcej: Jak żyć?

Zdarzyło się w Gdańsku - 31.08.2017

 

Marsze sierpniowe

      Podczas gdańskich uroczystości w rocznicę Sierpnia '80 obejrzałem, gdzieś na wysokości „zieleniaka”, przemarsz z kościoła św. Brygidy pod bramę stoczni oficjalnej związkowo-państwowej manifestacji. Zadęcie, sztampa, patetyczna nuda tak dobrze znana już od dzieciństwa ze wszelkiego rodzaju uroczystych akademii ku czci. Choć jednocześnie pokaz – przynajmniej intencjonalny – determinacji, dyscypliny i siły. Długi, naprawdę długi potok ludzi. Dziesiątki uroczystych pocztów sztandarowych, transparenty, emblematy, związkowe koszulki przemieszane z modną konfekcją upstrzoną patriotyczną symboliką. Symbole i emblematy religijne, formalnie chrześcijańskie, jednak użyte w jakimś swoistym, plemiennym kontekście. Ludzie, zwiezieni z całego kraju i wyraźnie zmęczeni, wykrzykują hasła w dziwnym mechanicznym rytmie, w którym potrafię się dosłuchać zdyscyplinowania, może jakiejś złości, ale zupełnie nie zauważam entuzjazmu i spontaniczności, że o radości nie wspomnę: „Cześć i chwała bohaterom”, „Nie ma wolności bez solidarności”. I tak w kółko.
      Nieco inaczej jest w centralnym punkcie pochodu, gdzie promienieje w błogich uśmiechach biskup -generał-emeryt Sławoj Leszek „Flaszka” Głódź. Wygląda na trzeźwego, co najwyżej upojonego pierwszoplanową rolą, którą przyszło mu pełnić w tak pięknym i ludnym zgromadzeniu. Kroczy godnie a lekko zarazem, pławiąc się blaskiem otaczającej go, nadskakującej mu wręcz gromadki polityków ubranych w nieśmiertelne błękitne, stonowane garniturki i wystudiowane na sesjach wizerunkowych uśmiechy. W ogólnej atmosferze hajlajfu, bontonu i narcystycznego samozachwytu pokorny uczeń Jezusa i głosiciel jego dobrej nowiny nie zauważa (a może nie chce zauważyć), że kilkadziesiąt metrów dalej wyróżniająca się wiekiem, hałaśliwym zachowaniem i autentycznym entuzjazmem grupa młodzieńców z ONR-u nawołuje po swojemu do aktów przemocy: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści” i „Raz sierpem raz młotem czerwoną hołotę”. A jakżeby inaczej! Nad nimi zaś wielki transparent z podobizną Chrystusa Króla. Zestawienie to najwyraźniej nie obraża uczuć religijnych biskupa-generała. Zresztą bądźmy sprawiedliwi – może on naprawdę tego nie zauważa, zaczadzony podniosłą rolą i świąteczną atmosferą. Na pewno muszą to zauważać obwieszeni religijnymi emblematami demonstranci, ale nikt nie reaguje. Grupka ONR-u jest hałaśliwa, ale nieliczna – w skali całego zgromadzenia to zaledwie garstka.
       I znowu kolejne szeregi demonstrantów z kolejnych miast i regionów. Znów: „Cześć i chwała bohaterom” na przemian z „Nie ma wolności bez solidarności”. Ten sam styl okrzyków –  mechaniczny, zacięty, pozbawiony entuzjazmu.
- Jak na manifestację z powodu radosnego święta - myślę - za dużo tu zmęczonej agresji, otępiałej determinacji, braku spontaniczności. Jest to zmęczony pochód zagubionych, zautomatyzowanych wojowników.
      „Nie ma wolności bez solidarności”, „Nie ma wolności bez solidarności”. O jaką solidarność tym ludziom chodzi? Solidarność z kim? Raczej nie z komunistami, bo tych ONR-owcy będą wszak przy milczącej aprobacie zgromadzonych wieszać. Z czerwoną hołotą też raczej nie. To oczywiste. Może więc mają na myśli solidarność z biskupem-generałem Głodziem, hodowcą danieli, sybarytą i smakoszem? Gdy tak patrzę na zmęczone, poszarzałe, pospolite postacie mijające mnie w pochodzie i zastanawiam się, na czym właściwie podobna solidarność miałaby polegać, dostrzegam przechodzącego obok znajomego fotografa, kolegę z dawnych korporacyjno-medialnych czasów.


-Szukasz inspiracji? - pytam, wskazując głową przechodzących demonstrantów. Nie szuka, idzie dalej na alternatywną imprezę rocznicową, na którą zresztą i ja się wybieram.
-Ale przecież robią wrażenie - zauważam.
-Tak - uśmiecha się - Inny świat, co nie?
      On spieszy dalej, ja jeszcze postanawiam dotrwać do końca przemarszu. Też doświadczam poczucia głębokiej obcości. Nie potrafię zrozumieć, co tych tutaj ludzi napędza. Co kryje się za wykrzykiwanymi hasłami i za całą tą osobliwą religijno-polityczną symboliką? Jaki obraz świata? Jakie emocje, marzenia i sny? Kompletna porażka poznawcza. I nie jest to doświadczenie przyjemne. Więc stoję i patrzę w nadziei na jakieś olśnienie, ale nic się nie zmienia. „Nie ma wolności bez solidarności”. Solidarność jako maczuga na wrogów. Chrześcijaństwo jako kult plemiennych, zarazem opiekuńczych i wojowniczych bożków. To wszystko już było. Zgrane. Przetrawione. Nieprzemyślane. Powtarzane do zanudzenia. Da capo al fine. Zmęczenie, zniechęcenie, nuda.
        Aż wreszcie jest! Jest coś nowego, świeżego; coś, na co być może cały czas czekałem! Gdzieś pod koniec marszowej kolumny, nad głowami manifestantów widnieje siermiężna, odręcznie sporządzona tablica z pozornie banalnym, w kontekście całej imprezy, hasłem: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie, J 2,5”. Pod spodem zaś mniejszymi literami: „Jezus = Król Polski”.
- A niech mnie - pomyślałem - To wreszcie prawdziwa rewolucja. Wszak w egzegezie biblijnej najistotniejszy jest kontekst określający trop interpretacyjny. Zaś przytoczony cytat – wyjaśnienie jak mniemam zasadne w katolickim kraju, w którym nie czytuje się Ewangelii – jest fragmentem opowieści o cudzie w Kanie Galilejskiej. Cudzie – przypomnijmy – polegającym na przemianie wody w wino. Czyżby szykował się nam nowatorski program polityczno-religijny Polskiego Królestwa Chrystusa: Darmowe Wino Dla Wszystkich? Jeżeli o mnie chodzi, to jestem za. I tylko ten niepokój, że jednak wino to napój obcy nam kulturowo, importowany ze zgniłego Południa i Zachodu, dybiących wszak na naszą narodową tożsamość, skażonych wszelkimi moralnymi plagami, a także z roznoszącymi zarazki i bomby wyznawcami Proroka. I my przecież słusznie się przed owymi plagami chronimy, uciekając w tożsamościowy somnabulizm.
       Więc jedno z dwojga: albo uczeni od ojca doktora Rydzyka w nowym przekładzie biblijnym skorygują stare błędy i zastąpią we wspomnianej opowieści obce nam wino swojską i patriotyczną wódką, albo historycy z IPN w ramach szeroko zakrojonego programu badawczego ustalą ponad wszelką wątpliwość, że winorośl i winiarstwo to tradycyjne elementy rdzennie polskiej kultury, eksportowane wraz z widelcami przed wiekami do Francji, które na skutek spisku określonych kół popadły w wielowiekowy upadek i zapomnienie. Teraz zaś nadszedł czas, aby w ramach odkłamywania historii, przywracania godności i wstawania z kolan dokonać ich kulturowej rewindykacji. Wolałbym oczywiście tę drugą wersję.

Krzysztof Dudziak

Zdjęcia: Ela Wieczorek i Leszek Biernacki

O wolności i demokracji słów kilka...

 

Wolność, równość, demokracja, a sprawiedliwość społeczna.

Lilia Obrocka

„Wolność! Równość! Demokracja!” – skandujemy podczas naszych manifestacji. W konstytucji zaś czytamy: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”. Nie o wszystkie z tych wartości z jednakową mocą się upominamy. Nawet nie rozmawiamy o problemie narastających nierówności ekonomicznych ani o zasadach polityki gospodarczej, fiskalnej czy socjalnej, które byłyby sensowną i społecznie akceptowaną odpowiedzią na ten problem. Dlaczego?
          Albo wciąż jeszcze nie dostrzegamy w tym źródeł kryzysu demokracji, albo po złych doświadczeniach gospodarki komunistycznej brak nam odwagi, żeby przyznać, że nie wszystkie ekonomiczno-gospodarcze rozwiązania liberalne powinny być traktowane jak niepodważalny dogmat. Bo naga prawda o rzeczywistości wygląda tak: najbogatsi (bez względu na ustroje i układy władzy) są zawsze bezpieczni w bańce swego ekonomicznego statusu, wzajemnych powiązań i przysług. Najbiedniejsi – klienci lumpeksów i mistrzowie walki o przetrwanie tylko w kościele nie mają poczucia wykluczenia. I wreszcie klasa średnia –
„miłośnicy” sieciówek, w samochodach z drugiej ręki (to ostatnie może tylko u nas) i z kredytem na mieszkanie do końca życia.
         Wyolbrzymiłam, ale tylko troszeczkę. Ów obrazek nie jest tak odległy od rzeczywistości jak by wydawać się mogło. Takie trzy majątkowe przedziały są wyodrębniane w rzetelnych badaniach, ponieważ w najbardziej adekwatny sposób obrazują społeczne nierówności. Thomas Piketty – francuski ekonomista, zaliczany do grona stu najbardziej wpływowych intelektualistów na świecie – w swym dziele „Kapitał w XXI wieku” twierdzi, że od lat 70. XX wieku nierówności w rozwiniętych krajach szybko i drastycznie wzrosły. Poza tym uważa, że zakłócenia obserwowane na rynkach finansowych, naftowych i nieruchomości mogą budzić wątpliwości co do nieuchronnego charakteru tzw. „ścieżki zrównoważonego wzrostu”. Stawia on dramatyczne pytanie, czy świat nadchodzących dziesięcioleci znajdzie się w rękach maklerów, kadr zarządzających i posiadaczy dużych majątków, czy władców krajów naftowych czy też może Bank of China albo rajów podatkowych, gdzie – jego zdaniem – w ten lub inny sposób wylądują wszyscy ci gracze. Zdaniem Piketty’ego ekonomiści zbyt długo nie doceniali problemu podziału bogactw. Dotychczasowe poglądy w tej sprawie opierały się na stosunkowo małej liczbie solidnie potwierdzonych danych i na wielu czysto teoretycznych spekulacjach.

Czytaj więcej: O wolności i demokracji słów kilka...

Sztafeta pokoleń - rok 2017, Gdańsk

Sztafeta pokoleń

 

    Gdańsk, 31 sierpnia, późne popołudnie. Już w czasie podróży wszystkie serwisy radiowe mówiły o utrudnieniach na ulicach. Na miejscu, na wysokości ECS-u, biła w oczy biel kamizelek z napisem Solidarność. Wyglądało to, jakby wdzianko związkowców przed chwilą opuściło szwalnię. Nawet ich kaskom brakowało jedynie metek.

    Szyby w samochodzie były zamknięte, a mimo to słychać było od ich strony pomruk niechęci i czuło się dziwną wrogość. Widać było też ponure twarze z oczami, w których czaiła się podejrzliwość i nieufność. To wszystko dotarło do nas w ciągu kilku sekund.

    Po paru minutach dotarliśmy pod salę BHP Stoczni Gdańskiej. Tu był inny świat – wszystko spontaniczne, chociaż zorganizowane; miszmasz pomysłów wielu osób i organizacji. I ludzie –  widać było ich radość, szczerość, szacunek i czuło się wspólnotę. Wszędzie spotykałem też znajomych i nawet ci,  których widziałem tylko raz, serdecznie się z nami witali. Córka była zachwycona – biegała od namiotu do namiotu, bo chciała być wszędzie. Choćby dla takich chwil warto było tu przyjechać.

    W panelach niestety nie uczestniczyliśmy, bo przyjechaliśmy za późno. Niespodziewanie okazało się też, że znajomi czekają na nas przy „zieleniaku”. Ruszyliśmy zatem w stronę bramy stoczni. Gdy z niejakim wahaniem ją przeszliśmy (u wejścia kłębiły się białe kamizelki),  wkroczyliśmy już dosłownie w inny świat – świat ludzi zaciętych w swojej niechęci, śledzących nas złowrogim spojrzeniem, chociaż nie mieliśmy nic, co mogłoby nas identyfikować z czymkolwiek.

Czytaj więcej: Sztafeta pokoleń - rok 2017, Gdańsk