Idzie zima zła

 Idzie zima zła


Tomasz Bemben

25 września 2014 roku Mariusz Błaszczak skrytykował rząd D. Tuska za import węgla z Rosji. Zażądał wprowadzenia embarga i dramatycznie stwierdził, że Polska nie może, poprzez zakup węgla, dostarczać zysków Putinowi, który wykorzystuje je do napaści na sąsiednie kraje. Szef górniczej :Solidarności” twierdził wówczas, że rosyjski węgiel to towar miernej jakości gdyż zmieszany z miałem dzięki zaniżonym opłatom tranzytowym trafia na place. Tam jest dodatkowo jeszcze sortowany a jakość dalej psuta. Piotr Naimski z mównicy sejmował lamentował nad zalewającym Polskę rosyjskim węglem.

Czytaj więcej: Idzie zima zła

Rocznica porozumień sierpniowych

Porozumienie?

Obchody trzydziestej ósmej rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych upłynęły nam pod hasłem “porozumienie”. Więc słowa o przełamywaniu barier, pokonywaniu różnic i dogadywaniu się z byłymi ciemiężycielami ciągle dzwoniły mi w uszach kiedy następnego dnia, 1 września, stałam pod pomnikiem Westerplatte i o 4.45 rozległy się syreny obwieszczające czas, w którym pierwsze strzały rozpoczęły II Wojnę Światową. Stojąc w tłumie i słysząc nie tylko przemówienia, ale i reakcje ludzi wokół, uzmysłowiłam sobie dwie rzeczy: z jednej strony to, jak głębokie podziały wytworzyły się między nami, a z drugiej, że właśnie taka uroczystość jest jedną z szans, żeby minimalizować ich skutki.

O tej godzinie było zupełnie ciemno, więc nie widząc twarzy ludzi wokół mnie tym bardziej docierały do mnie wszelkie sygnały. Na szczęście nie było to chamskie buczenie – pierwsze próby, raz uciszone na samym początku, w trakcie przemówienia Pawła Adamowicza, więcej się nie powtórzyły. Tym bardziej jednak, po oklaskiwaniu różnych przemówień albo w jednym albo w innym miejscu, można było poznać dokładnie, po której stronie sporu kto się zabarykadował. Staliśmy przemieszani – niby tacy sami, niby wszyscy chcieliśmy uczcić pamięć o ofiarach wojny, ale gdyby było widno, gdybyśmy zobaczyli „patriotyczne” koszulki czy też emblematy z napisem „Konstytucja”, czy z równym zapałem wspólnie śpiewalibyśmy Hymn Polski?

Kiedy słuchałam listu Andrzeja Dudy, myślałam tylko o tym jak ważne jest kto, a nie tylko co się mówi, bo treść odczytywanego przemówienia nie była zła. Dobrze to oddają słowa Wojciecha Młynarskiego, że trzeba słowom przywrócić „twarz, bo bez twarzy najlepsze słowo nic nie waży”. Ciągle mi brzmiał ten komentarz w uszach, kiedy dotarło do mnie o czym mówi Mateusz Morawiecki, mianowicie o porozumieniu z opozycją na czas historycznych rocznic. Jeszcze nie zdążyłam w pełni sformułować emocjonalnej reakcji na to (znowu tekstem Młynarskiego o tym, jak to trudny jest dialog z kimś „kto ci sra na łeb”), kiedy doznałam szoku poznawczego słysząc propozycję premiera aby w Święto Niepodległości w listopadzie odbył się wspólny Marsz Niepodległości.

Czytaj więcej: Rocznica porozumień sierpniowych

Szukamy lepszego życia...

Tam żyje się łatwiej…

Dlaczego młodzi ludzie, albo również dorośli Polacy, opuszczają kraj, napisano chyba już sporo. Kolejne ugrupowania polityczne podają swoje recepty, nie wahając się sięgać po nierealne obietnice, które chcą ich potencjalni wyborcy usłyszeć. Obietnice pani Premier jakoś się nie sprawdziły i nie widać tych masowych powrotów. Dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazały, że od momentu przejęcia władzy przez PiS pod koniec 2015 roku liczba Polaków mieszkających za granicą nie tylko nie zmalała, ale i wzrosła o 118 tysięcy (dane dotyczą osób które wyjechały na ponad 3 miesiące). Nie ma zaborów, nie ma wojny, gospodarka się rozwija, a mimo to wyjazdy są nadal popularne. Czy chodzi tylko o pieniądze? Mnie dotychczasowe wyjaśnienia, padające z różnych stron, nie satysfakcjonują. Sama mieszkałam przez półtora roku w USA i wróciłam. Wiem jak to jest mieszkać na obczyźnie. Znam blaski i cienie, znam niepewność: dadzą wizę czy nie dadzą, wiem co to znaczy rozchorować się i „nikt nie poda ci szklanki wody”... Zatem czemu wyjeżdżają? Bo uznają, że „tam” jest lepsze życie i żyje się po prostu łatwiej.

W Anglii wypełniony PIT przysyła urząd, Anglik podpisuje i wrzuca kopertę do skrzynki (urząd pokrywa koszty znaczków). W Polsce dla obywatela wypełniony jest elektroniczny PIT, ale wymaga znajomości dochodów z poprzedniego roku, albo podpisu elektronicznego (wykupionego) albo skrzynki E-PUAP (powstaje bariera w postaci uwierzytelnienia podpisu na poczcie albo w urzędzie, ja akurat zrobiłam to przez bank).  No i trzeba mieć działający komputer z Internetem. Przeciętni seniorzy w starciu z rzeczywistością są bez szans, a tych liczba wzrasta w stosunku do ogólnej liczby ludności, ponieważ starzejemy się jako społeczeństwo. Jak co roku o tej porze w Polsce trwa wzmożony ruch wokół urzędów skarbowych, gdyż z końcem kwietnia mija termin na składanie rocznego zeznania podatkowego przez Kowalskiego, płacącego podatki w macierzystym kraju. Znacie ten kawał - jak się nazywa zakonnik co wypełnia zeznania podatkowe? Brat PIT. W tym roku, podobnie jak w poprzednich, ktoś prosi mnie o pomoc w wypełnieniu dokumentu zwanego PIT-em i jak zwykle nie odmawiam. Jestem z siebie dumna - wypełniam zeznania podatkowe bez zaglądania do wspomagaczy, broszur i poradników. To dlatego, że w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy ukończyłam kurs księgowości, na którym uczyłam się naliczać płace. Pojawiła się refleksja - dlaczego trzeba mieć ukończony taki kurs, żeby swobodnie wypełnić czterostronicowy druczek rocznego zeznania podatkowego? Dlaczego w rubryce i broszurach jest pełno paragrafów i odwołań również do paragrafów bez podania w przystępny sposób ich treści? Przecież tu nie chodzi o morderstwo z premedytacją tylko o zeznanie podatkowe. Co więcej, przeciętny Kowalski jest częściej pracownikiem niż pracodawcą, więc co miesiąc KTOŚ odprowadza ZA NIEGO zaliczkę na podatek, na końcu Kowalski tylko potwierdza to, co było.

Czytaj więcej: Szukamy lepszego życia...

Rząd sprawny inaczej

Skazani na ogon historii…

Tomasz Bemben

Poruszeni jesteśmy sytuacją osób niepełnosprawnych w naszym Państwie. Nie dość, że nie mają żadnego wsparcia wśród polityków partii rządzącej to i dotychczasowy system nie daje im szans na godne życie w społeczeństwie. Dopiero dramatyczna decyzja o wejściu i okupowaniu Sejmu stała się powodem zajęcia się ich sytuacją przez media. Rząd oskarżany jest o obojętność, zaś strajkujący niepełnosprawni i ich Rodziny rząd oskarża o spisek w celu jego obalenia.

Ministrowie w zaciszu gabinetów intensywnie myślą co z tym fantem zrobić, jak na razie nie potrafią sobie poradzić ze stratami wizerunkowymi. Presja rośnie, oddany elektorat, który wiele zniesie, średnio rozumie ten konflikt i trudno mu przyjąć, że każdy jeżdżący na wózku to wróg ojczyzny. Pomysł na przeczekanie jest nieskuteczny, gdyż do strajkujących ustawia się kolejka odwiedzających – próba ograniczeń wizyt nosi znamiona skandalu, tak było w przypadku zakazu wstępu na teren Sejmu rehabilitantów strajkujących niepełnosprawnych, tak jest również gdy zabrania się odwiedzin Henrykowi Wujcowi… Co prawda Henryk Wujec do niewpuszczania do Sejmu jest przyzwyczajony, w końcu w czasach komuny zdarzało się to stosunkowo często – nie zmienia to jednak faktu, że decyzja taka jest znakiem porażki i bojaźni jaką wykazują pisowscy ministrowie.

Czytaj więcej: Rząd sprawny inaczej

Dojna zmiana

W najnowszym, kwietniowym numerze Głosu Wolnych zamieściliśmy obszerny fragment artykułu Barbary Goworowskiej - Milewskiej. Zgodnie z deklaracją przytaczamy tutaj jego całość - dziękujemy autorce za pracę i zapraszamy do lektury:

 

Dojna zmiana - raj dla nowej elity milionerów

 

I. PiS, czyli Pycha i Szwindel

Jako opozycja podnosili wrzask i kwik, że afera!, korupcja!, nepotyzm! Jakże nagłaśniane były i nadal są ich newsy o złodziejstwie PO. Grzmieli, że rozliczą afery a winni zostaną ukarani. Po blisko 3 latach poza kilkoma głośnymi zatrzymaniami i cichymi zwolnieniami (z braku dowodów), o żadnych procesach ani wyrokach nie słychać. Obiecywali uzdrowienie państwa i rozprawę z elitami. Zataili jednak, że elity zastąpią własną kliką bonzów, a „uzdrawianie” będzie wielkim skokiem na kasę. Dla odwrócenia uwagi szary człowiek dostał trochę ochłapów i propagandową iluzję przywracania godności.

W dwa lata okrzepli na stołkach. Ukazali swoją prawdziwą twarz – hipokryzję, arogancję, prywatę i chciwość. U żłobu zasobnie zaopatrzonego przez poprzednią ekipę ujawnili całą swoją pazerność. Zblakły pozory szacunku dla zwykłych ludzi i zniknął głoszony przez Szydło „koniec z arogancją władzy i pychą” i hasło „wystarczy nie kraść” (symbolem prawdziwego oblicza tej władzy stał się premier Morawiecki, którego gigantyczny majątek nie pasował do pisowskiej „skromności”, więc dwukrotnie odpisywał jego części na żonę). Dojna zmiana ma się dobrze – rwą stanowiska, posadki, udziały, udzialiki. Idiotami nie są i wiedzą, że ich czas nie będzie trwać zbyt długo. Muszą więc jak najszybciej i jak najwięcej wyszarpać na zapas.

Nie dzieje się to bez wiedzy dyktatorka z Nowogrodzkiej, ale czy w pełni panuje nad swoimi poplecznikami? Przy kasie i władzy kończą się sentymenty i lojalność, więc wewnętrzna walka o dostęp do koryta już trwa. I w ten sposób w dwa lata ze Skarbu Państwa (czyli z naszych pieniędzy), wydoili ponad 2 miliardy 120 mln zł na nagrody, premie, propagandę i zachcianki dla swoich:

- 15 mln z kart kredytowych MON-u (ciekawe czy są tam rachunki za dyskoteki Misiewicza?) - kwota ta starczyłaby na 150 ton najdroższych słynnych ośmiorniczek.

- 1 mln 500 tys. w ramach „pokory, umiaru i słuchania obywateli” jako dodatkowa kasa, naktórą zwykły szary człowiek musi tyrać blisko dwa lata, mianowicie: 65 ty. OD SZYDŁO DLA SZYDŁO! (Jaki byłby wrzask, gdyby Tusk przyznał sobie premię?); 70 tys. dla Szyszki za wycięcie Puszczy; 82 tys. dla Błaszczaka za mobilizację 30 tys. policjantów do ochrony miesięcznic smoleńskich; 70 tys. dla Macierewicza za caracale, śmigłowce, czystkę w armii i konflikt z Dudą; 75 tys. dla Zalewskiej za deformę szkolnictwa i kłamstwa o niezwalnianiu nauczycieli; 72 tys. dla Waszczykowskiego za paraliż dyplomacji; 65 tys. dla Jurgiela za ”dbałość” o stadniny koni arabskich (za PO wpływy wynosiły 5,6 mln teraz ledwo 1 mln). Razem wyszło na głowę po ok. 6 tys. miesięcznego „dodatku” do pensji.

- 8 mln na prywatne loty wojskową casą, która służyła za latającą limuzynę (Tusk latał rejsowymi boeingami).

- 1 mln 300 tys. dla członków gabinetów politycznych.

- 2 mln na nagrody dla ludzi Dudy (gdy prezydent Komorowski przyznał 800 tys. na nagrody był „niewyobrażalny skandal, brak etyki i moralności, bo władza nie może mieć przywilejów”).

- 94 mln jako zapłata za poparcie udzielne przez toruński ośrodek pod dyrekcją Rydzyka.

- 200 mln na premie w resortach (w tym 28 tys. dla wojewody pomorskiego, który zamiast pomocy poszkodowanym w nawałnicy, wznosił toasty na urodzinach biskupa).

- 1 miliard 800 mln na propagandę w partyjnej TVPiS.

A nadto: 2,5 mln – ochrona miesięcznic; ponad 1,5 mln – ochrona zwykłego posła Kaczyńskiego; 12 mln – podkomisja smoleńska Macierewicza, a kolejne 4 mln to gadżety jego MON-u. U Szyszki skromne 100 tys. z kart płatniczych, luksusowych kolacyjek zaksięgowanych jako „usługi saloniku”, karet czy konfetti dla ministra nie licząc.

Butne, aroganckie i wrzaskliwe wystąpienie Szydło, że „te pieniądze się im się należały”, nijak się ma do jej wcześniejszych opowieści, że „ci którzy mają odwagę i są ludźmi uczciwymi nie potrzebują krzyku i wrzasku”. Skoro tak twierdziła, to powinna przyznać: „Tak, wzięłam pieniądze dla siebie i kolegów, żeby starczyło do pierwszego, bo jak żyć za drobne 17- 20 tys. miesięcznie?”. Tymczasem rodzic przekraczający dochód o 200 zł. traci pieniądze z programu 500+, emeryci dostali śmieszną rewaloryzację, zaś młodzi ledwo wiążą koniec z końcem.

Czytaj więcej: Dojna zmiana